środa, 30 grudnia 2015

Rozdział 21 + epilog

MOJE KOLEJNE FANFICTION - "WALLS OF GLASS"
"THE CELLAR" NA WATTPADZIE ♥


Wiem, że długo mi to zajęło, ale z racji, że to już ostatni rozdział, wprowadzałam miliardy poprawek. W dodatku internet mi się wyłączył i dopiero teraz uruchomił.

polecam przed/w trakcie/po czytaniu (jak kto woli), wysłuchać tego. to najbardziej emocjonalne piosenki, jakie znam, więc pomogły mi w pisaniu tego rozdziału: 


Czytając, możecie tweetować wrażenia z hasztagiem #TheCellarFF.

Ona
      Potem zostawiłam cię samego z twoją mamą. Nie muszę się obawiać, że przesadzę, jeśli powiem, że nigdy nie widziałam cię tak szczęśliwego. Wiesz, Justin... Chciałam, byś w takim szczęściu przeżył resztę swoich dni. Chciałam, byś kiedyś poczuł smak prawdziwego życia. Byś robił tak zwyczajne rzeczy, poznał tak drobne radości, jak zdanie pierwszego roku studiów, zabawa wśród tysięcy ludzi na festiwalu noworocznym, adopcja psa ze schroniska. Przed snem wyobrażałam sobie, jak spędziłbyś wakacje. Za dnia pracowałbyś w barze w hotelu na Dominikanie, a wieczorami wychodziłbyś na spacer po mieście lub biegłbyś boso wzdłuż brzegu na plaży. Za zarobione pieniądze wykupiłbyś sobie karnet na siłownię, używaną gitarę i czapkę z daszkiem i naprawdę nic więcej nie byłoby ci potrzebne do szczęścia.
      Nie miałam pojęcia, ile mogłaby zająć ci taka odmiana siebie i własnego życia. Wiedziałam, że z Bogiem wszystko jest możliwe. Poprowadziłby cię, gdybyś tylko Mu pozwolił. Bałam się jednak, że nigdy Mu nie pozwolisz. Że umysłem zostaniesz tutaj na zawsze, gdziekolwiek byś się nie znalazł. W domu, który byś kupił na przedmieściach Nashville. Czy na plaży na Dominikanie. Czy w więzieniu. Myślałbyś o sobie jako o tym, który zniszczył wszystko. Również siebie samego.

     Kiedy wróciłeś do sypialni ze łzami szczęścia na twarzy, byłam prawie pewna, że się uda. Jaka szkoda, że cała przyszłość nie zależała od tego jednego dnia. Cała przyszłość miała zależeć od dnia, który nastanie niedługo...
      Wstałam i podeszłam do ciebie z otwartymi ramionami, a ty pozwoliłeś im przyciągnąć się bliżej. Zamknęłam cię w swoich objęciach i poczułam twoje dłonie przylgnięte do moich łopatek.
- Tak się cieszę, że ją odnalazłeś.
Pociągnąłeś nosem jeszcze raz i roześmiałeś się tak smutno, jakbyś śmiał się z własnych łez. Otarłeś je kciukami.
- Jesteśmy podobni, prawda?
- Tak, Justin - przyznałam ci rację. - Jak dwie krople wody.
      W tej z pozoru spokojnej chwili, miałam ochotę krzyczeć ze strachu, że to ostatni raz, kiedy tak szeroko się śmiejesz. Wiedziałam, że szansa, że wszystko potoczy się idealnie jest jak wygrana w totka. Bałam, że zostaniesz tu na zawsze albo uwolnisz się z tego piekła, by znaleźć kolejne.
      Taki anioł jak ty zasługuje na niebo. I chciałam, byś je miał tutaj na ziemi, jak i później.
      Miałam nadzieję, że ten ,,zły Justin" właśnie się ulotnił. Miałam nadzieję, że nie wróci. Czy on zawsze już będzie z tobą?
      Tulę tego prawdziwego Justina, który nie wstydził się być człowiekiem.
- Jestem twoja, Justin. - mówię. Cokolwiek by się nie stało.
Nie jesteś zdziwiony takim wyznaniem.
- A ja jestem twój.

*

     Koniec musiał kiedyś nadejść. Wiedział to każdy. Nikt nie wiedział za to, która chwila wyznaczy ten koniec i czym on dokładnie będzie.
     Należało go trochę przyspieszyć.
     Dziewczynki w gangu zaczęły dostawać listy. Pierwszy napisała Jane i przekazała dalej. Kolejny wyszedł spod innej dziewczęcej dłoni, ale z całą pewnością jego treść i cel pozostały te same.
     Wkrótce liczba listów zaczęła się powiększać. Różniły się charakterem pisma, a czasem nawet językiem, w jakim zostały napisane. Dziewczynki czytały otrzymany list, przepisywały go i przekazywały koleżankom.
     Żaden lider nie wiedział o wspomnianych listach. Żaden poza Justinem.
     Wkrótce ostatni list wrócił do Jane.
     A potem wszystkie listy zniknęły, jakby ich nigdy nie było.

*

On
     Może i zwariowałem, ale to był najlepszy plan, który do tamtej pory obmyśliłem.
     Nie wiem, co jeszcze mógłbym dodać i jak się wytłumaczyć. Myślę, że wszystko było oczywiste. Tak jak wszystkie dziewczynki chciałem końca za wszelką cenę. Nie byłoby rozwiązaniem odejść. Należało pozbyć się tego miejsca. Uwolnić wszystkich, którzy tutaj cierpią. Nie miałem pewności, że dzięki temu ktokolwiek z nas osiągnie szczęście. Piekielnie bałem się, co może się stać, bałem się innego życia niż do tej pory, bałem się innych ludzi, których mógłbym spotkać i miejsc, w których mógłbym się znaleźć. Ale, szczerze mówiąc, wolałbym umrzeć niż trwać w tym koszmarze.
      Czułem się, jakbym brał ostatni oddech. Czułem się, jakbym stawiał ostatnie kroki.*
      Miałem nadzieję, że wystarczy mi sił, żeby to dokończyć.

      Martin - ten, który pomógł mi uwolnić Jane - dowiedział się pierwszy. Powiedziałem, że od tamtego czasu nie jest mi już nic winien. Jesteśmy kwita. Mimo to nie odmówił.
     W wieku 18 lat pomogłem mu zostać Wygnańcem. To jedyny przypadek, który znam, kiedy członek Piwnicy chciał sam siebie skazać na wygnanie. Dziwiło mnie to. Ale on właśnie tego chciał i pomogłem mu, wiedząc, że sam będę kiedyś potrzebował pomocy.
      Zgodził się także Mason. Nie wiedziałem jeszcze, że jedynie dlatego, że był zakochany w Rose. Zgodził się Tyler, jedynie ze względu na jego przyjaźń z Masonem.

*

- Jesteście wszystkie? - pytam. W mojej sypialni ledwo mieści się kilkadziesiąt dziewczynek. Pamiętam, że Jane stała najbliżej, po mojej prawej stronie. Były tam wszystkie moje dziewczynki oraz wiele innych. Wiele z Piwnicy, wiele stąd, kilka dziewczynek z typowo azjatyckiego gangu, w którym zdarzyło mi się być, i które nie były już poprzebierane jak dziewczynki z japońskich komiksów i nie cieszyły się jak dawniej... Straciłem z oczu moją mamę, ale wiedziałem, że była blisko. Pozostałych dziewczynek nie znałem.

     Przytakują głowami. Są przestraszone.
- Czy mogę coś powiedzieć? - mówi jedna, podnosząc dłoń, by wszystkie na nią spojrzały. - Dziewczyny, jeśli dzisiaj wszystkie zginiemy, to chcę, byście wiedziały, że byłyśmy cholernie silne! Spotkamy się w Niebie, obiecuję.
      Dużo z nich płakało... Patrzyłem na to jak na przedstawienie, w którym już dawno przestałem brać udział. Niech się dzieje co chce.
      Jeśli Bóg pisał scenariusz, to Mu zaufam.
- Kocham was, dziewczyny. - odpowiada kolejna, bodajże Nadia. - Zawsze jesteśmy razem, zawsze się wspieramy. Jesteście cudowne i dziękuję. Nigdy nie sądziłam, że przetrwam aż tyle tego piekła, ale dzięki wam jeszcze żyję.
- Jeśli kiedyś się stąd wydostaniemy, to nigdy o was nie zapomnę! - wtrąca następna.
- Jezu, dziewczyny... Wyobraźcie sobie, że jeśli wszystko się uda, już jutro zobaczycie swoje rodziny.
- A jeśli nas zabiją? Jeśli to koniec?
- Jeśli zginiemy w walce, zginiemy jako zwycięzcy.
Płakały. Od czasu do czasu tuliły się w parach i śmiały się przez łzy i zastanawiałem się, jak nazwać to uczucie.
     Tylko Susan emanowała inną energią. Bo ona nie miała gdzie pójść.
     Ja też nie.
- Justin, tak ci dziękujemy...
- Justin.
- Wiedziałam, że jesteś inny.
     Patrzę w bok, gdzie Mason całuje Rose po czole. Zauważam przy okazji jedną z dziewczynek, która może być rok czy dwa lata starsza ode mnie. Ma na sobie nosidełko. A w nim małe dziecko, które głaszcze po głowie i całuje po czole. Nie poznaję świata, w którym żyję.
- Dziewczyny! - woła któraś z moich. - Pomódlmy się, by się udało.
     I zaraz łapią się za ręce. Chwilę to trwa, dopóki ten kręty wężyk się zamknie, gdy z jednej strony za dłoń ściska mnie Jane, z drugiej Madison.
     Wiedziałam już dlaczego to robię.
     Robiłem to dla nich. Dla nas.

*

     Do drzwi wyjściowych możemy dojść na dwa sposoby. Albo iść cały czas wąskim korytarzem, mijając sypialnie wszystkich liderów, albo przez salę główną, a następnie krótszy odcinek korytarza. Decydujemy się na drugą opcję.
     Idziemy w ciasnej grupie, na której brzegu stoję ja, Susan, Mason, Tyler, Martin, kilka silniejszych dziewczynek oraz dwóch liderów z innych gangów. Zastanawiałem się, co tu robią i dlaczego zdecydowali się walczyć za dziewczynki. Może także kochali którąś z nich...
     Na twarzach mijanych liderów malują się najróżniejsze emocje. Zaskoczenie, złość, strach.
     Wszystko przestaje być zabawne, gdy znajdujemy się w sali głównej i otaczają nas liderzy. Wszyscy krzyczą i przeklinają. Cisza nastaje dopiero, gdy wszystkie dziewczynki kierują pistolety na przypadkowych liderów.
      A oni powoli dochodzą do wniosku, że to ich własna broń, którą jakimś cudem ukradły dziewczynki.
      Broni nie starczyło dla wszystkich, bo niektórzy liderzy rzeczywiście dobrze ją schowali i zabezpieczyli. Jednak mało który nigdy się z nią nie rozstawał. Ci szczęściarze skierowali na nas lufy, ale nie mieli odwagi strzelić.
     To była rewolucja. Każdy to wiedział.
- Justin... - rozpoznałem głos Ryana. Kierował na mnie lufę. - Co ty odpierdalasz? Ogarnij to, zanim przyjdzie Boss i cię zamorduje.
- Nie. Cofnij się.
- Susan, chodź do mnie natychmiast! - zawołał.
      Susan nie odezwała się słowem.

      Jeszcze wiele osób odzywało się do mnie, ich głosy bombardowały mnie ze wszystkich kierunków. Pamiętam dobrze te głosy... Ale nie pamiętam ani jednego słowa więcej.

- Cofnijcie się wszyscy! Będę strzelać! - krzyczę. W odpowiedzi słyszę odgłosy oburzenia, ale niektórzy robią kilka kroków do tyłu. Staram się mieć wszystkich na oku, szczególnie osoby z podniesionymi pistoletami.
- A do kogo ty, kurwa, masz zamiar strzelać?

Ona
     To głos Bossa. I nie mówię o Bossie Piwnicy. To głos Najwyższego Bossa.
- Do wszystkich, którzy wejdą mi w drogę.
     Ciarki przechodzą mi po plecach, gdy nie słyszę nic poza krokami tego faceta. Jego twarzy nie szpecą blizny, jego kark nie jest pokryty tatuażami i w niczym nie przypomina piwnicznego Bossa. Ale ma w sobie coś, czego się boję i czego boi się każdy. Modlę się, by dziewczynki nie opuściły broni.
      Żadna nie kieruje broni na Bossa. Każdy kto by to zrobił, pewnie leżałby już trupem.
- Nawet nie wiesz, jak wielki popełniasz błąd.
- To koniec, Bossie. Przykro mi. - mówisz. Nagle odnoszę wrażenie, że ten cały plan nie był dobrym pomysłem.
- Mam w dupie twój koniec. Jesteś nikim.
- To również twój koniec. Zniknę z twojego życia, zabiorę dziewczynki i nigdy nie wrócę. Jeśli się nie uda, mam ludzi, którzy cię zniszczą. Policja będzie tu w kilka minut.
- W kilka minut, tak? Godzinę od najbliższego miasta?
- Uwierz mi, mam swoje sposoby.
     Uśmiechasz się kąśliwie.
- Całe moje życie to kłamstwo. - mówisz dalej, a ja zamykam oczy, mając nadzieję, że gdy znowu je otworzę, będę w domu. Będę leżeć na łóżku, wpatrzona w sufit i zdam sobie sprawę, że to tylko sen. Wolałam, byś ty również był snem niż żebyś cierpiał. - Wszyscy żyjemy w świecie iluzji.** -Tutaj nie ma ani szczęścia, ani żadnych zasad. Teraz to widzę. I jeżeli ktoś nadal chce tkwić w tym gównie, proszę bardzo. Ale ja się na to nie piszę.
      Może to zabrzmieć egoistycznie, ale w tamtej chwili nie bałam się o innych. Nie bałam się o dziewczynki, nie bałam się o setki nastolatek i kobiet, które są więzione w innych gangach. Bałam się o ciebie Justin. Żałowałam, że gdy spotkaliśmy się w tym parku, nie wzięłam cię za rękę i nie zaprowadziłam do domu. Żałowałam, że z tobą nie uciekłam. Tylko tyle mogłam zrobić, by cię ochronić.

On
      Przepraszam, Emily. Naprawdę się bałem, że cię stracę. Ale musiałem.
      Wszyscy ucichli. Widziałem jak Kadrick opuszcza broń i podchodzi. Zaraz dołączyło do nas grono dziewczynek, służba rzuciła wszystko, co robiła, by stanąć po naszej stronie. Pani Mercer, która gotowała dla Piwnicy, zauważyła swoją córkę w naszym zespole i bez namysłu ruszyła w naszą stronę.
      Przecież wiedziała, że mogła zginąć.
      Wiedziały to też młode dziewczyny, które na oczach swoich własnych liderów szły w naszym kierunku.
      To koniec.
- Dobrze. Więc wszyscy zginiecie.
     Po słowach Bossa rozległ się strzał. Jane wrzasnęła za moimi plecami i przez ten ułamek sekundy umierałem ze strachu, dopóki nie uświadomiłem sobie, że Rose leży na podłodze, a przy niej klęczy Mason. Chyba trzymał ją za rękę i krzyczał...
- Zabiję cię, skurwysynie!
     Kolejny strzał.
     Wydawało mi się, że Rose została postrzelona w nogę, ale nie było czasu, by się upewniać. Większość liderów pobiegło po jakąkolwiek broń, więc to był idealny moment, by biec.
     Wcześniej podzieliliśmy się na trzyosobowe grupki i teraz rozpierzchliśmy się we wszystkich kierunkach. Ja miałem być z Jane i z moją mamą. Pobiegliśmy głównym korytarzem.

Ona
      Do tej pory słyszę zbliżające się kroki. Oddalające się krzyki są tak głośnie jak wtedy, gdy biegłeś ze mną i trzymałeś mnie za rękę. Byłeś przygotowany do ucieczki. Zawsze.
      Jeżeli coś do mnie mówiłeś, to musisz wiedzieć, że nie rozumiałam, co mówisz. Co więcej, nawet mnie to nie obchodziło. Za to ja bardzo chciałam się odezwać. To nie była dobra pora na rozmowy... A przecież ostatnia szansa, by ci coś powiedzieć. Nie wykorzystałam jej.
      Myślałam o tym, jak radzą sobie dziewczynki i czy wszystkie przeżyły pierwszą minutę walki. Ale przede wszystkim myślałam o nas. Czy za godzinę będziemy już daleko stąd? I czy nie za daleko...
      Gwałtownie skręcamy w inny korytarz i moje serce wali w mojej piersi, uszach, rękach, nogach. Buzuje we mnie adrenalina i wiem, że miałabym odwagę zabić każdego, kto wszedłby w naszą drogę. Gdy teraz o tym myślę, to wiem, że gdy dopiero zostałam porwana, wolałabym szybką i bezbolesną śmierć od jakiejkolwiek walki wiążącej się ze strachem i cierpieniem. W tamtej chwili zdecydowałam się na walkę. Myślałam: ,,mogę krzyczeć z bólu, mogę umierać przez wieki, ale wygram". Jeżeli tym się różni Emily od Jane, to Emily już dawno nie istnieje.
      Emily umarła. We mnie.

     Po drodze napotykamy tylko jednego brazylijskiego lidera. Jest starszy od ciebie przynajmniej o dziesięć lat. Pierwsze, co robi, to ogłusza cię ciosem w skroń, następnie uderza prosto w twarz. Ku mojej uldze, otrząsasz się i przywalasz mu pistoletem w głowę. Wtedy odwracam wzrok i nie wiem, co się dzieje dalej. W końcu, gdy tamten próbuje się pozbierać na podłodze, chwytasz mnie za dłoń i biegniemy dalej, chociaż z twojego nosa poleciała krew.
     W pewnym momencie wpadamy do małego korytarzyka i przypierasz mnie do ściany. Moje głośne dyszenie na pewno nie pomaga w kamuflażu. Nie jestem pewna, czy dźwięk kroków to tylko złudzenie, dopóki zza ściany nie wyskakuje sylwetka.

      To Robin.
      Wybrał idealny moment, by się pojawić.
      Robin widzi mnie, przylgniętą plecami do ściany a dłońmi do ciebie. I kieruje na ciebie broń. Błyskawicznie reagujesz i robisz to samo. Ale najbardziej przeraża mnie myśl, że ja również mam pistolet, a nie potrafię go podnieść.
- Zabieraj od niej łapska, bo zabiję! - krzyczy. - Przysięgam, że cię zabiję!
      Ręce mi się trzęsą, gdy trzymam pistolet. Moje dłonie są spocone i się boję, że nie zdążę strzelić, kiedy zajdzie potrzeba.
      Ty za to nie masz problemu z utrzymaniem pistoletu skierowanego precyzyjnie w twarz Robina.
- Kim ty, kurwa, jesteś? Kto cię nasłał?
- Powiedziałem, odsuń się od niej! Em, chodź. Wracamy do domu. Nie bój się.
      Chcę opuścić twoją dłoń, byś nie strzelał, ale obawiam się, że Robin skorzysta z tej okazji.
      Nie mam pojęcia, dlaczego nikt inny się nie zjawia i dlaczego Robin nie leży już martwy na posadzce. Dlaczego nie dostrzegam żadnego znaku, wskazującego na to, że ktoś się zbliża. Przychodzi mi do głowy, że może Boss już nie żyje. Może wymordowano już wszystkie dziewczynki. Może już większość osób się powybijała. Może jesteśmy jednymi z niewielu, którzy przetrwali.
      A może po prostu Bóg dał nam chwilę, by zakończyć tę sprawę.
- Przyszedłeś po mnie? - pytam Robina. Ten wygląda, na zmieszanego i zdaje mi się, że wyraz jego twarzy łagodnieje. Nie na długo, bo znów przenosi wzrok na ciebie, gotowy do zakończenia rozmowy w bardzo nieprzyjemny sposób...
- A co myślałaś? Podejdź, nie bój się! On już nic ci nie zrobi, Em.
- Jeżeli chcesz mnie uratować, to skąd się wzięły blizny?
- Do cholery, Emily! Jakie znowu blizny?!
- Na twoim ramieniu. - jestem nieustępliwa, ale muszę wiedzieć. Kim, kuźwa, jest Robin? Czy był kiedyś lub nadal jest liderem? Wygnańcem? Czy nasłał go inny gang? A może sam chciał uciec? Może jest szpiegiem? Czy dlatego jest w mojej szkole? Dlatego się zbliżył do mnie po moim powrocie? I dokąd chce mnie zabrać?
      Chowasz mnie za swoimi plecami, ale wyglądam przez twoje ramię. Twarz Robina robi się blada.
- Emily, co ty wyprawiasz?
- Skąd masz blizny! I dokąd chcesz mnie zabrać?
- Do domu! I to szybko, zanim ten wariat mnie zastrzeli.
Albo jeśli zrobi to ktoś inny, dokańczam w myślach.
- On ci nie zrobi krzywdy, jeśli opuścisz broń.
- Opuszczę broń - mówi do ciebie Robin. - Ale najpierw oddasz mi Emily.
- Strzelaj! - wołasz rozbawionym głosem, jakbyś wziął to za żart.
- Nie! - piszczę i osłaniam cię. Już szykuję się na strzał prosto w tył mojej głowy, ale nic się nie dzieje. - Opowiedz mi o tych bliznach, proszę. Teraz. - mówię do Robina, chociaż twarz chowam w twoim ramieniu.
- Szukałem cię już dawno, zanim wróciłaś. Było już późno... Myślę, że natrafiłem na jakiś ślad, bo jakiś facet wciągnął mnie w dziurę w ziemi. Tam czekał jeszcze inny. Pytałem go o ciebie, ale jedyne co zrobił, to trzy razy zranił mnie nożem w ramię. Powiedział, bym cię więcej nie szukał.
     Zdaję sobie sprawę, że strasznie trudno byłoby wymyślić taki scenariusz. I ufam Robinowi.
     To by miało sens. Boss Piwnicy, dowiedziawszy się, że Robin mnie szuka, zostawił na jego ramieniu ślad. Może było to pewnego rodzaju ostrzeżeniem dla innych liderów, gdyby natknęli się na niego na ulicy? A może Boss Piwnicy celowo pozostawił na jego ramieniu znak gangu Brazylii, by sprowadzić kłopoty na nich, a nie na Piwnicę?
     Mijam cię i idę do Robina.

On
      Widok Jane w ramionach innego faceta bolał. Robin miał zajęte ręce obejmowaniem Em, więc spokojnie opuściłem broń. Ten chłopak nie był niebezpieczny.
- Nie martw się, Em. Policja jest w drodze. Zabierzemy cię.
- Jak tu trafiłeś? - pyta Emily.
- Jest tu mój ojciec... Jest policjantem, poszukiwał cię.

Ona
      Odsuwam się od Robina i widzę twój wyraz twarzy. Opuściłeś broń, ale wyglądasz na zmieszanego. Wydaje mi się, że w twoim oku błysnęła łza. Miałam ochotę podejść i powiedzieć that's ok, baby, ale wiedziałam, że nie jest ok i nie wiem, czy i kiedy będzie.
      Rozejrzałam się i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nigdzie nie ma twojej mamy. Musiałeś jej znaleźć jakąś kryjówkę. A może pobiegła inną drogą? Może już jest wolna i ucieka, nie pamiętając o tobie? W głębi duszy nie poddawałam w wątpliwość, że jeśli jest już bezpieczna, to czeka na ciebie.
      Robin przytomnieje i ma zamiar znów podnieść broń, ale przytrzymuję jego dłoń.
- On jest dobry... Uratował mnie. On pomógł mi uciec poprzednim razem.
Robin chyba zdaje sobie sprawę, że nie mam czasu, by go dalej przekonywać, więc odpuszcza.
Dalej idziemy już razem, ale nie odzywamy się słowem. Drzwi wyjściowe oczywiście są zamknięte, ale wtedy wyszło na jaw, gdzie podziewała się twoja mama. Prawdopodobnie jako jedna z niewielu miała dostęp do sypialni twojego ojca, gdzie znalazła pęk kluczy. Kiedy wychodzimy z Piwnicy na zewnątrz, Robin oddala się, rozglądając się za policją. Na razie nie widać, by się zbliżała.
     Za to widać dziewczynę, leżącą parę kroków od wyjścia. Nie zauważam krwi. Ale wątpię, by położyła się tam z własnej woli. Wszyscy patrzymy na nią i nie mówimy nic i z naszych twarzy nie można wyczytać wiele.
     Ten koszmar chyba nie dotarł do mnie w stu procentach, bo tylko czekałam. Czekałam, jakbym oglądała film, w którym akcja za chwilę miałaby wyciszyć się bez mojej woli. Jakbym i tak już nic nie mogła zrobić. Modliłam się, by pomoc nadeszła zanim będę zmuszona kogokolwiek zabić we własnej obronie. Lub zanim sama zostanę zabita.
       Krzyki, przekleństwa, zapach dymu, jakby coś się paliło, pojedyncze strzały albo wybuchy nie docierają do mnie. Patrzę na to, jakby mnie nie dotyczyło, jakbym była w kuli ochronnej, która odgradza mnie od reszty świata i odbija wszystkie pociski, wszystkie odgłosy i uczucia. I zupełnie nie pamiętam, co czułam, o ile czułam cokolwiek. Ty wyglądałeś raczej, jakbyś patrząc na budynek, żegnał się z przyjaciółmi, którzy zostali w środku. Robin chodził w kółko i panicznie spoglądał w kierunku drzwi, czekając aż wyjdzie z nich jego ojciec.
       Byliśmy już spokojni. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić.
       Było gorąco. Fakt, nic dziwnego. Byliśmy po środku pustyni. Na pustyni nie ma gdzie uciekać.
       Oddaliłam się parę kroków od ciebie. Doszłam do tego punktu, z którego widziałam wszystko, co znajdywało się za najbliższą wydmą i zauważyłam trzy oddalające się, dziewczęce sylwetki. Uśmiechnęłam się.

       Nie wiem, ile minęło czasu, ale w końcu na niebie pojawił się helikopter. Tylko że to nie był wcale helikopter policyjny.
- Justin... Ty wiesz, kto to jest? - spytałam, podchodząc bliżej i chwytając cię za łokieć.
- Nie, Em.
      Spojrzałeś w górę, mrużąc oczy od rażącego słońca. Helikopter leciał już na tyle nisko, że spuścił drabinę. I wtedy z nieba spadła pomoc, dosłownie. Wprawdzie z początku sądziliśmy, że to bomba, która wysadzi nas wszystkich w powietrze, ale owa bomba okazała się zwykłym kamieniem z doklejoną wiadomością. Podszedłeś i przeczytałeś ją. To byli ludzie od Martina, którzy przylecieli na ratunek.
- Em! Em, szybko! Wchodź! - w końcu zauważyłam jak się śmiejesz. Podsadzasz mnie na drabinkę, a ja trzymam się jej kurczowo, czując każdy powiew wiatru. Jestem już tak blisko wolności, a boję się, że moje spocone dłonie ześlizgną się z drabinki i spadnę, ginąc najgłupszą śmiercią. Pokonuję strach i wspinam się wyżej. Jestem już dość wysoko, kiedy patrzę w dół, by odnaleźć cię wzrokiem. I to był błąd.
      Pisnęłam, mając wrażenie, że zaraz spadnę. Wtedy ktoś wciągnął część drabiny do środka i pomógł mi wejść do helikoptera. Spoglądam w dół. Najpierw podsadziłeś mamę, potem sam wdrapałeś się do środka, na końcu dołączył do nas Martin, którego pamiętałam z dnia ucieczki z Piwnicy. Potem wciągnięto drabinę, zatrzaśnięto drzwi i zaczęliśmy się oddalać.
      Chwyciłeś mnie stanowczo za ramię, posadziłeś w siedzeniu i przypiąłeś pasami, po czym sam opadłeś wokół mnie, dysząc. Złapałam twoją dłoń. Dopiero teraz poczułam gulę w gardle, chciałam płakać ze smutku, ze szczęścia i na samo wspomnienie o dziewczynce, która leżała nieruchomo, czy o dziewczynach, które zdecydowały się uciekać pustynią, czy nawet o Robinie, który został tam na dole, patrząc jak się oddalam bez niego.
- Udało nam się? - pytam z niedowierzaniem, a ty kiwasz głową. Masz zamknięte oczy, zamknięte usta, i cały czas przytakujesz. Twój oddech jest coraz bardziej spokojny. Twoje palce zaciskają się na moich, a ty nadal tylko kiwasz głową, gdy pierwsza łza stacza się po twojej skroni. - Kocham cię, Justin... Teraz już będzie dobrze.
      Ja również pozwalam kolejnym łzom spłynąć po policzkach, ale przez swoje krótkie życie wypłakałam ich o wiele więcej niż ty. Na tę chwilę ich zabrakło.
- Kocham cię, Justin. - powtarzam. - Kocham cię.
      Boli mnie w mostku, chce mi się wymiotować i kręci mi się w głowie. Ale najbardziej boję się, co ty czujesz. Boję się, że jeśli ktokolwiek na dole stracił życie, będziesz się za to obwiniać.
      Justin, przecież ty byłeś dobry. Byłeś aniołem. Zawsze będę cię kochać.

*

      Budzę się dopiero przy lądowaniu. Nie wiem, gdzie konkretnie wylądowaliśmy i wolę się nie domyślać, jakim cudem przelecieliśmy przez granice państw. Najważniejsze, że jesteśmy już bezpieczni.
      Jest już ciemno. Na miejscu czeka na nas jakiś samochód. Domyślam się, że nie jest twój. Siadasz za kierownicą i wieziesz gdzieś mnie i twoją mamę. Jedziemy w ciszy... Czy kiedykolwiek jeszcze będę miała okazję cię pocałować? W drodze tysiąc razy powtarzam, że cię kocham, a ty odpowiadasz ,,ja ciebie też". 
     Jedziesz oczywiście najcichszą możliwą drogą, aż docieramy do miejsca, gdzie jest... czy była niegdyś... Piwnica. Tam się zatrzymujesz, wysiadasz z samochodu i otwierasz drzwi najpierw swojej mamie, potem mnie.
      A ja siedzę w samochodzie z załzawionymi oczami i nie chcę wychodzić - dokładnie tak jak tamtej nocy, gdy zaplanowałeś dla mnie ucieczkę z Piwnicy. Podajesz mi rękę w taki sam sposób jak wówczas, a ja nawet nie chcę nawet na nią spojrzeć, więc wyciągasz ją jeszcze bardziej. Chwytam ją i wychodzę z pojazdu. Oddalamy się od niego parę kroków.
- Idź, Em. Wracaj do domu.
- Justin... Teraz oboje jesteśmy wolni. Chodź ze mną... - proszę, chociaż czuję, że się nie zgodzisz.
Uśmiechasz się smutno i składasz cichy pocałunek na moim czole. Głaszczesz kciukami moje dłonie.

On
- Po to było to wszystko? - pyta. - Byś teraz ze wszystkim mnie zostawił?
     Moje serce pęka na widok jej łez. Jeśli kiedyś nie wiedziałem, czym jest miłość, to teraz niczego nie byłem bardziej pewien.
- Mieliśmy już nigdy się nie zostawiać. Obiecałeś. - mówi błagalnie. - Obiecałeś. - powtarza i przez chwilę patrzy na mnie jeszcze silnym wzrokiem, który po chwile łagodnieje. Ściska mnie za ręce i porusza nimi, domagając się reakcji, ale ja nie znam jednego słowa, którym mógłbym jej odpowiedzieć. - Powiedz coś! - krzyczy, potrząsając moimi dłońmi. Zacieśniam uścisk i uśmiecham się ze współczuciem. Mam nadzieję, że w moim wzroku znajdzie odpowiedź.
      Że już nigdy się nie spotkamy.
      Przepraszam, Em. Nie miałem siły tego powiedzieć.
- Powiedz coś! Powiedz coś, idioto! Powiedz! - Em zapomina się, że zaraz może ktoś nas usłyszeć i wezwać policję. A może już się tego nie boi...
Więc mówię.
- Kocham cię.

Ona
     Moje serce umiera. Każdy mój organ umiera bez ciebie.
     Wyobrażam sobie, jak dosłownie wyrywam sobie z piersi serce i daję je tobie, jeszcze bijące, żebyś tylko został przy mnie i był szczęśliwy i bezpieczny. Wolę być bez serca, niż ze złamanym na zawsze. Marzę, byśmy położyli się jeszcze tej nocy do łóżka, powiedzieli sobie ,,dobranoc" i spali wtuleni. Obudzili się rano i nigdy już niczym nie martwili.
      Dociera do mnie, że to się nie stanie. O ile w ogóle wolność w naszym przypadku była jak wygrana w totka, to to, byśmy żyli dalej normalnie i żyli dalej razem, było tysiąc razy trudniejsze.
     Nie ma muzyki tak smutnej, która pasowałaby do tej przepełnionej bólu chwili, kiedy staram ci się dać tyle czułości, ile chciałam ci dać przez całe moje życie.
- Justin, aniołku - szepczę przez łzy. - Wiem, że nigdy nie chciałeś mnie skrzywdzić. Ani mnie ani nikogo. Aniołku, nie obwiniaj się. Jesteś kochany, Justin. Jesteś kochany... Proszę, zostań z nami. Zostań naszą rodziną.

On
     Nie miałem pojęcia, jacy ,,my" mnie kochali, ale byłem pewien, że nikt mnie nie kocha poza mamą i poza Em. I ja również je kochałem. Chciałem, by były bezpieczne, z dala ode mnie.
     A. I nie byłem aniołem. Byłem potworem.

Ona
- Nigdy nikogo nie pokocham jak ciebie, kochanie. - mówię dalej. Wtulam się. - Jestem twoja.
- A ja jestem twój.
      Więcej nie jestem w stanie powiedzieć. Mam nadzieję, że słyszysz moje myśli, które wołają: zabierz mnie ze sobą, jakkolwiek niebezpiecznie by tam było. A jeśli odejdziesz sam, to wiedz, że nigdy nie będzie mi niczego brakowało bardziej niż ciebie.

Kiedy odejdziesz, przestanę oddychać.

Nie znajdę drugiego ciebie.

To moja historia w czterech słowach.

Właśnie zrozumiałam ból.

Chyba cię potrzebuję.

To moja historia w trzech słowach.

Kocham cię.

To moja historia w dwóch słowach.

Żegnaj.

To moja historia w jednym słowie.

      Chcę cię tak tulić w nieskończoność. Głaszczę cię po policzkach, składając na nich miliony pocałunków, chcąc byś czuł je do końca życia. Wdycham twój zapach. Chcę by został w moich nozdrzach na zawsze. Chcę cię zapamiętać. Gładzę cię po szyi, po karku, drżącymi opuszkami palców przesuwam po twoim kującym podbródku i po nosie, po powiekach. Opieram moje czoło o twoje. Czułam się, jakbym umierała. A mówili, że śmierć nie boli.
     Tulę cię jak po raz ostatni. Bo właśnie tak jest. Kiedy się odsuwam, pociągam nosem, jeszcze raz przesuwam palcami po twoim policzku, nasuwam ci czapkę na uszy.
      Pamiętaj, Justin. Cokolwiek by nie było, zawsze będziemy pod tymi samymi gwiazdami.
- Uważaj na siebie. Będę czekać.
      Kiwasz głową, jakby mówiąc ,,zapamiętam". A ja mam nadzieję, że mam na co czekać.
      Robię parę kroków w tył i nie mogę sobie wybaczyć, że dotknęłam cię po raz ostatni. Kusi mnie, by podbiec, dotknąć cię jeszcze raz, zarzucić ręce na twoją szyję i nigdy nie puścić. Ale wiem, że jeśli to zrobię, to nigdy nie dam ci już odejść. A muszę.
      Ty również nieco się cofasz. Szepczesz coś do mamy, która uśmiecha się do mnie.
- Trzymaj się dziecko. - podchodzi i obejmuje mnie. - Pamiętaj, by przypomnieć mnie swojej mamie.
     I znika w samochodzie, czekając na ciebie. Rzucam ci ostatnie spojrzenie. Tym razem nie chcę odchodzić na twoich oczach, tak jak ostatnim razem. Chcę zobaczyć, jak ty odjeżdżasz.
     I doczekuję się. Patrzysz na mnie tak, jakbyś czegoś szukał w moim wzroku, jakbyś czekał na coś jeszcze, ale w końcu wsiadasz za kierownicę. Całuję moje dwa palce i wyciągam je w twoim kierunku. Całujesz opuszki palców i przykładasz do szyby. Wtedy cofasz się, zawracasz i odjeżdżasz.

      To wszystko. Zupełnie cichy, zupełnie normalny, zupełnie niedynamiczny, a przy tym jak cholernie bolesny koniec.
     Czy to wszystko, co myślałeś, że kiedyś nas spotka? Czy to tyle, jeśli chodzi o to, czego się spodziewałeś?
     Stoję i patrzę w ten punkt, w którym straciłam cię z oczu. Przenoszę wzrok na fragment ulicy, w którym jeszcze przed chwilą stało auto i marszczę brwi, jakby dziwiąc się, że nagle wyparowało. Rozglądam się dookoła. Po lewej stronie mam niekończący się płat trawy, w której gdzieś znajduje się wejście do Piwnicy. Po prawej stronie zaczyna się las. Gdzieś za mną jest mój dom, gdzieś przede mną jesteś ty. A ja stoję po środku dwóch światów i nie chcę się ruszyć.
      Coś ciągnie mnie w lewą stronę, więc idę i, nie wiedząc dlaczego, szukam klapy w ziemi. Kiedy w końcu ją znajduję, z wielkim wysiłkiem otwieram i schodzę po schodach.
      Drzwi są zamknięte. Ciągnę je i walę w nie, mając nadzieję, że ktoś tam jest. Ktokolwiek. Chcę wrócić i położyć się w naszym łóżku. Zamknąć oczy, wyobrazić sobie, że zaraz wyjdziesz z łazienki albo wrócisz z Sali Obrad, zrzucisz spodnie i położysz się koło mnie w pościeli. Wzdycham.
      To takie dziwne uczucie, że teraz mam dużo czasu. Nikt mnie już nie goni, nie ściga. Nie muszę uciekać, nie muszę się spieszyć i panicznie podejmować szybkich decyzji. Mogę po prostu się położyć na chodniku.
     I to robię. Wychodzę, opuszczam klapę i mam zamiar wracać do domu, ale każdy krok jest trudny. Moje ciało wydaje się niesamowicie ciężkie. Siadam na ziemi po turecku i chowam twarz w dłoniach. To chyba już koniec, myślę. Jakbym nie powtarzała sobie tego samego niczym mantry od paru godzin.To chyba koniec.
      Czy kiedykolwiek mówienie ,,kocham cię" i odchodzenie ma sens?
      Zmuszam się do zejścia z jezdni i przeczołguję się na chodnik.
      Przeżyłam wiele do tej pory. Porwanie, pobicie, wyzwiska, strach, zastraszenie gwałtem, pocałunek śmierci. Ale nic nigdy mnie nie złamało, do tej pory.
     Wybrałam ciebie. Ale ty i tak odszedłeś.
     ,,Kocham cię" to nie jest nawet połowa tego co czuję.
      Kładę się na ziemi.
      Nauczyłam się jednego. Nie sprawiaj, że ktoś stanie się domem, miejscem twojego wytchnienia, bo wkrótce staniesz się bezdomny i nie będziesz miał gdzie wracać.
       To koniec.

*

      Nadal to pamiętam. Od tego czasu minęło pół roku. List, który czytasz, piszę już od jakiegoś czasu i nie wierzę, że za chwilę postawię ostatnią kropkę. Nie chcę tego kończyć, Justin. Jest jeszcze wiele rzeczy, o których mogłabym opowiedzieć, ale czasem nie mam siły podnieść się z łóżka. Mój psychiatra i pani psycholog zgodzili się, że najlepiej, gdybym wylała to wszystko na papier. Codziennie dopisuję choć parę słów, choćby to miał być tylko opis koloru twoich oczu i tych małych kreseczek w twoich tęczówkach lub niewielkich zmarszczek przecinających w poprzek twoje usta. Czasami dopisuję tylko, jak mi ciebie brak.
      Nie martw się, nikt nie ma do tego dostępu. Dokumenty są zabezpieczone hasłem i terapeuci postanowili, że część rzeczy musi zostać w tajemnicy. Zresztą policja wie już wszystko... Mam nadzieję, że nie jesteś zły, że spisałam naszą historię.
      Należą ci się wyjaśnienia wszystkiego do końca. Wróciłam do domu, kiedy zaczęło świtać. Powiedziałam mamie o tobie i o tym, że mnie uratowałeś. Powiedziałam też o twojej mamie. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkają.
     Wycieczki do terapeutów, lekarzy i komisariatów z czasem nasiliły się i mój grafik jest przepełniony na tyle, że nie starcza mi czasu i sił na szkołę. Mama pozwala mi czasem zostawać w domu cały dzień i leżeć w łóżku, rysując coś lub pisząc w kółko twoje imię na kartce, aż cała zapełniła się kolorem długopisu albo gdy pogrążył mnie sen. Naprawdę przestałam się przejmować szkołą. Nie mam tak wiele zaległości jak ostatnio, ale nie silę się, by je nadrabiać. Nieprzejście do następnej klasy nie może być takie złe jak utrata ciebie.
      Na początku byłam trupem. Jadłam i piłam,wyłącznie gdy byłam do tego zmuszana. Albo spałam całymi dniami, albo całymi nocami nie mogłam zmrużyć oka, bo wydawało mi się, że widzę twoją twarz. Teraz, jest już trochę lepiej. Czasami mam gorsze dni. Wyobrażam sobie ciebie koło mnie, jak robimy zwykłe rzeczy i modlę się, by moje łzy mogły zwrócić cię z powrotem. Ale wypłakałam ocean łez, które nie zwróciły mi ciebie z powrotem. Po prostu walczyłam, by przeżyć kolejny dzień. Ale od czasu do czasu mam się lepiej. Zdarza się, że mam siłę wyjść z domu, ku zaskoczeniu ludzi, którzy sądzą, że mam fobię przed wyjściem na zewnątrz. Mylą się, Justin. Mam wiele lęków, ale to nie jest jeden z nich. Bardziej boję się, że nie jesteś szczęśliwy.
      Wiesz co, Jus? W pierwszych dniach mojego porwania nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że kiedyś będę cię potrzebować, gdy będę płakać. Nigdy nie pomyślałabym, że kiedykolwiek będę tęsknić.
      Wkrótce nabrałam trochę sił. Nie na tyle, by funkcjonować normalnie, ale na tyle by dowiedzieć się, jak w zasadzie wszystko się skończyło... Posłuchaj.
      Kilka minut po naszej ucieczce helikopterem do gangu w Brazylii przybyły ogromne oddziały policji. Część liderów się poddała, ale sporo z nich chciało walczyć do końca. Dwóch policjantów zginęło w walce. Podobno jednemu liderowi udało się uciec. Nie wiem, czy policja go odnalazła, ale jeśli nie... sądzę, że już nie żyje. Na miejscu zginął bodajże jeden lider i dwie dziewczynki. Dziewczyna z dzieckiem się uratowała. Wiem, że się o nią martwiłeś. Dziewczyna, która leżała nieruchomo przed gangiem, wylądowała w szpitalu. Żyje. Nie ma się dobrze, ale jest szczęśliwa i bezpieczna. Trzy dziewczynki, które uciekały pustynią, zostały odnalezione. Były spragnione, głodne i wykończone. Ale ich stan się poprawia. Postrzelona w nogę Rose również przeżyła. Jest słaba.
     Potem policja szybko namierzyła resztę gangów. Nadal są prowadzone walki z ostatnimi z nich. Powoli wasze gangi przestają istnieć. Coraz więcej dziewczynek wraca do rodzin. Niestety, są również ofiary.
     Jeśli chodzi o Robina, już kolejnego dnia dowiedziałam się, że wrócił do domu z ojcem i ma się w porządku. Przedwczoraj rozmawiałam z moją przyjaciółką, Beth, która przekonywała mnie, że to jej sprawka. Ona wpadła na pomysł, by poprosić Robina o pomoc. Wiedziała, że jego ojciec pracuje w policji. To dlatego nagle się mną zainteresował po moim powrocie. Wydaje mi się, że Robin jest w niej zakochany, więc robił wszystko, co mu każe.
      Jakiś czas po naszym pożegnaniu odbyły się rozprawy sądowe. Liderów było na tyle dużo, że sprawy były bardzo krótkie. Bossów i wielu liderów skazano na dożywocie, pozostałych na wiele lat więzienia, niektórych na 8 lat, a najmniejszą część na mniej niż 8. W sprawach odpowiadały głównie dziewczynki, a że było ich sporo i nie kłamały, ich zeznania pokrywały się i były wiarygodne.
      Ja również uczestniczyłam w sprawach.
      Przepraszam, Justin... Muszę przerwać. Znowu zrobiło mi się tak cholernie źle... Muszę się położyć...
      
*
Jakiś czas wcześniej
On
      Pamiętasz, Em, jak siedzieliśmy na dachu gangu w Brazylii? Był już wieczór i oglądaliśmy zachód słońca. Nasze bose stopy unosiły się kilka pięter nad ziemią. Powiedziałem ,,muszę przestać ganiać za zachodami słońca jak małe dziecko". Powiedziałem, że zawsze jest łatwiej z punktu widzenia słońca, które wiecznie będzie uciekać, wyślizgiwać mi się z rąk, kiedy tylko je dotknę. Dodałem, że kiedyś zrozumiesz.
      Wiesz, Em. Nadal nie dogoniłem tego słońca.
      Jak wiele bym wówczas zrobił, gdybym wiedział, że niedługo będę siedział na tym dachu, dokładnie w tym samym miejscu, ale sam.***
      A teraz siedzę, moje nogi zwisają tak jak wtedy, a przy mnie nikogo nie ma. I w promieniu kilkunastu najbliższych kilometrów też nie.
      Obiecałem ci, że muszę coś zrobić. Tym czymś było wrócenie tutaj. Piwnica była zamknięta, a to jedynie miejsce gdzie mogłem wrócić.
      Czuję, że zawsze byłaś najlepszą częścią moich historii. Gdziekolwiek cię wplotłem, zawsze było idealnie. Teraz, gdy ciebie zabrakło, miałem ochotę tylko zakończyć te historię raz na zawsze.
      Kocham cię to nawet nie ćwiartka tego co czuję. 
      Uśmiecham się smutno. Teraz też jest zachód słońca. Ale to nie to samo bez ciebie.

Przepraszam, że nie jestem tym, kim powinienem dla ciebie być.

Ile bym dał, by było normalnie.

Każdego dnia kochałem ciebie całym sercem, nienawidziłem siebie całym sobą.

      Nie wiem, co mam jeszcze zrobić. To koniec ten historii. Nie mogę tak po prostu pójść i żyć normalnie. Widok mnie bez ciebie jest tak dziwny w lustrze... Przecież Bóg by mnie uratował, gdyby chciał.

I don't know if this is wrong because someone else is telling me that it's wrong but I feel this so let me just, like, try my best not to let this happen again. ****

     Bóg by mnie uratował.
     Wstaję. Stoję na krawędzi budynku i czuję, jak wiatr smaga moją twarz. Zabiera resztki naszej historii. Robię mały, maleńki krok do przodu. Jeszcze jeden.
- Ręce do góry! Policja!
      Zatrzymuję się w bezruchu. Podnoszę ręce do góry i próbuję ogarnąć umysłem, co się dzieje.
      Odsuwam się od krawędzi budynku i klękam.
     
Bóg widocznie miał inny plan.

   
   *

     Już jestem, Justin. Musiałam chwilę odpocząć. Chcę dzisiaj to skończyć. 
     Jak już powiedziałam, ja też uczestniczyłam w rozprawach. Każda była podobna do poprzedniej, dopóki nie nadeszła sprawa dotycząca w szczególności ciebie.
     Nie zamierzałam kłamać. Powiedziałam całą prawdę od początku do końca, tak jak ją mówię teraz tobie. Stwierdziłam, że tak będzie najlepiej dla nas obu. Powiedziałam zarówno o tych złych, jak i dobrych rzeczach. Wspomniałam o tym, że cię kocham i że dzięki tobie nadal oddycham. Inne dziewczynki również wstawiły się za tobą (same z siebie). Decyzja sądu była bardzo łagodna, ze względu na to, że w gangu w zasadzie zostałeś wychowany, jak również dlatego, że pomogłeś nam z niego uciec. Poza tym podejrzewali u ciebie jakieś zaburzenia psychiczne, ale to pozostało jedynie tezą.
      2 lata w więzieniu to naprawdę jest bardzo mało, Justin. Biorąc pod uwagę, że w więzieniu będziesz miał wielu terapeutów, których nie mam pojęcia, czy potrzebujesz, oraz fakt, że będziesz mógł kontynuować studia architektury, ta kara naprawdę nie jest zła.
      I tak na koniec. Nadal cię kocham.
     Tęsknię za tobą. Za kolorem twoich oczu. Zastanawiam się, czy ty też nadal o mnie myślisz. Czy też czujesz, jak bolesna jest ta pustka koło ciebie między prześcieradłem a kołdrą?
      Ostatnio tęskniłam bardziej niż zwykle.
      Gdziekolwiek nie pójdę, wszystko mi o nas przypomina. Włączam telewizor i słyszę nazwiska dziewczynek, które wróciły do domów. Gazety przepełnione są relacjami i wywiadami, których nie czytam. Świat cieszy się, że wróciłyśmy.

      A właśnie, Justyś. Właśnie mi się przypomniało, że byłam niedawno w Piwnicy. Policja miała skonfiskować ostatnie rzeczy i upewnić się, czy nic ważnego nie zostało w środku. Byłam w naszej sypialni. Chwilę leżałam na łóżku. Policja pozwoliła mi już dotykać cokolwiek mi się podoba, bo większość spraw sądowych była za nami. Także patrzyłam się kwadrans to na ten obdrapany sufit, to na miejsce koło mnie. Zajrzałam też do szafy, gdzie nadal stały instrumenty. Pomyślałam, że brakuje ci ich w więzieniu. Wkrótce byłam w więzieniu i prosiłam, by załatwili ci nowe, bo nie zgodzili się tobie dostarczyć twoich własnych.
      Jestem cholernie szczęśliwa, że przynajmniej jesteś w normalnym więzieniu i siedzisz wśród ludzi z mniejszymi przestępstwami na karku. Jesteś w lepszym miejscu niż Piwnica czy gang w Brazylii, gdzie byłeś otoczony gwałcicielami. Miałam nadzieję, że tam są zwyczajni, zagubieni ludzie. Tacy jak ty.
      W każdym razie znalazłam w biurku twoje szkice ze studiów. Są naprawdę bardzo ładne. Będziesz wspaniałym architektem. Oczywiście, o ile nie staniesz się sławny ze swoim pięknym głosem.

      To by było takie proste, prawda?
      Dla mnie prostym nawet nie jest wyjście do sklepu, odrobienie lekcji, spotkanie się ze znajomymi, uśmiechnięcie się. Bez ciebie wszystko jest cholernie trudne. I nie, to nie jest żaden cholerny syndrom sztokholmski. Nigdy nie był.
      Justin, piszę to od ponad pół roku i nie umiem, po prostu nie potrafię uciec od naszych wspomnień. Jestem niewolnikiem naszej przeszłości.
      Widzisz, Justin. Teraz ja cię porwałam. Zatrzymałam w moim sercu, zamknęłam na klucz i tysiąc kłódek, milion zasuw i miliard łańcuchów. Nigdy się stamtąd nie wydostaniesz.
      I nieważne już, czy powinnam, ale kocham cię. I będę to powtarzać aż znienawidzisz tych dwóch słów. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy, tak jak w moich snach. Przez każdy kolejny dzień traciłam siebie, a ty musisz mi przypomnieć, kim jestem.
       Nie mogę już słuchać piosenek miłosnych, bo każda opowiada o tobie. Nagle cały świat kręci się wokół ciebie. Jeszcze jakiś czas temu próbowałam się przekonać, że może pewnego dnia nie będziesz już się liczył. Ale teraz wiem, że to nieprawda. Bo są chwilę kiedy nie czuję nic, nawet serca, które ledwo co bije. Ale zawsze czuję, że o ile bije, to bije dla ciebie i dzięki tobie. I ludzie będą się śmiać i mówić, że mam syndrom sztokholmski, ale ja nigdy nie spojrzę na nikogo jak na ciebie. Jesteś miłością, jesteś aniołem, jesteś moim największym marzeniem.

I nie jesteś zły.
Nie jesteś zły.
Nie jesteś.
Nie byłeś.
Nie będziesz.

      Justin, zasługujesz jeszcze na nieskończoność słów, ale muszę przestać to pisać. Minęło pół roku. Zmieniłam szkołę. Wyprowadziłam się na wieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Wszystko się zmieniło, tylko nie ja.
      Pora na mnie.
      Jest 02:02 nad ranem. Pomyślałam życzenie, które dobrze znasz.
      Kocham cię. Ujęłam to w milionach słów i tysiącach zdań i już nie mam pojęcia, w jakie słowa to tym razem ubrać.
      Tak, kocham cię, słonko. I zawsze musiałam być z tym cicho. W Piwnicy. W Brazylii. W domu. Wśród znajomych. U terapeuty. Na policji. A teraz muszę wylać z siebie tę miłość, zanim pęknie mi serce od jej nadmiaru.
      Kocham cię, kocham całego. Kocham twoją twarz i twoje dłonie i chciałabym je ucałować teraz.
   
     Ludzie powiadają ,,wspomnienia nie odchodzą, ludzie - tak".

Ale ty odszedłeś i nigdy nie wrócisz.
Wierzę, że wrócisz.

     Nie myśl, że kiedykolwiek o tobie zapomnę. Choćbym chciała, nie potrafię. I nie wiem, czy dam sobie radę. Zrobię wszystko, by tak było. Ale nic nie obiecuję. Chcę tylko, byś wiedział, że jesteś moim słońcem i księżycem i każdą z gwiazd.
      Powinnam już dawno spać. Ty już na pewno dawno śpisz, o ile nie myślisz o mnie, jak ja myślę o tobie. Nie wierzę, że to moje ostatnie słowa tego listu do ciebie. Muszę je dobrze wykorzystać.


      Kocham Cię, Justin. I dziękuję za wszystko. I mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy.
      Kocham Cię. I przepraszam, za to jak to wygląda.
      Kocham Cię. Przepraszam, że nie wygląda inaczej.
      Kocham Cię. I przestań omijać ,,kocham cię" co każdą linijkę, bo chcę, byś to wiedział.
      Kocham Cię. Tak, jesteś kochany.
      Kocham Cię. Nie zapomnę cię.
      Kocham Cię. Obiecuję. Nie zapomnę.
      Kocham Cię. Na zawsze.


      Żegnaj, Justin

Twoja Emily





EPILOG

On
      Jestem właśnie w trakcie czytania listu od Emily. To chyba najdłuższy list świata, bo dostarczono mi plik kartek papieru. Dopiero zaczynam czytać, ale to najpiękniejsze, co w życiu czytałem.
      W więzieniu nie jest tak źle jak podejrzewałem. Spodziewałem się bardziej więzienia z amerykańskich filmów, gdzie do moich kostek przywiązane by zostały łańcuchy i nie miałbym w pokoju nic poza twardym metalowym łóżkiem. Dawaliby najgorsze papki jako obiad i umarłbym z głodu, zanim bym wyszedł na wolność.
       Muszę przyznać, że jest dobrze. Obiady są dobre. Mama czasem przynosi mi więcej jedzenia. Mama dostała ogromne odszkodowanie i pomoc od państwa, więc wynajęła mieszkanie i często mnie odwiedza. Cieszy mnie, że na jej ramionach nie pojawiają się nowe blizny. Na moich też nie. I nigdy nie cieszyłem się z tego jak dziś.
     Łóżko też jest w miarę wygodne. Brakuje w nim tylko Em. W pokoju jestem z dwoma kolegami. Tak naprawdę w więzieniach grupuje się przestępców według tego, co zrobili, ale chyba nikt nie znalazł nikogo mojego pokroju. Nie mówię im za co dokładnie siedzę. Sam nie wiem nawet za co konkretnie. Chyba za ,,współpracę w porwaniu". Caden i Jacob siedzą za seks z nieletnią i wychodzą mniej więcej miesiąc po mnie. Są dla mnie mili i często gramy w karty. Tak jak z chłopakami w gangu.
      Oprócz tego biorę udział w czymś, co nazywa się resocjalizacja. Nie znałem tego słowa, więc sprawdziłem w słowniku:

,,przystosowanie kogoś do życia w społeczeństwie osoby niedostosowanej lub takiej, która utraciła kontakt ze społeczeństwie"

     Jako resocjalizację dostałem pracę w hospicjum dla dzieci. Nigdy nie sądziłem, że byłbym zdolny do takiej delikatnej pracy. Ale te dzieci nie traktują mnie jak wszyscy... Za tę pracę dostaję państwową stawkę minimalną.
      Co więcej, mam dostęp do internetu. Oczywiście jestem cały czas kontrolowany z kim się porozumiewam i na jakie strony wchodzę. Tak naprawdę nie mam do kogo napisać. Zdaję sobie sprawę, że nie mam nikogo. Dlatego wciąż tylko wchodzę na Facebooka Em i gapię się na zdjęcie profilowe, którego nie zmieniała od lat. Scrolluję wzdłuż jej Instagrama, czekając aż doda nowe zdjęcie, co się nie dzieje. Zaczynam się martwić, czy jest cała i zdrowa, aż w końcu ktoś ją oznacza na zdjęciu na Facebooku. Jest na nim z koleżankami w jakiejś kawiarni i uśmiecha się.
      Może zapomniała... Może tylko ja wciąż żyję przeszłością.
      Czy ona jeszcze w ogóle mnie potrzebuje?
      Tęsknię za Em jak cholera. Wciąż przypominam sobie nasze pożegnanie, jak powtarzała, że jestem aniołem. Dobrze wiedziałem, że nim nie jestem, ale zdecydowałem się na tatuaż przedstawiający anielskie skrzydła. To były skrzydła Em, nie moje.
     Utrzymywały mnie przy życiu.

     
      Zawołano mnie na ,,widzenie". Dziwię się, że zaprowadzili mnie przed szybę, skoro zawsze z mamą widuję się osobiście. Myślę, że na pewno musi się spieszyć.
      Oby tylko miała jedzenie, oby miała jedzenie, oby miała jedzenie.
      Siedzę i czekam. Czytam list Em, linijka po linijce, gdy nagle kątem oka wychwytuje sylwetkę i podnoszę wzrok, uśmiechając się na widok mamy.
      Nie. To nie mama.
      To Emily.

Ona
      Jego mina rzednie. Nie spodziewał się mnie tutaj. Moje serce przyspiesza i oczy od razu wypełniają się łzami na widok tej ślicznej mordki, za którą tęskniłam. Jest tak bardzo zdziwiony, że przyszłam.
- Cześć, Justin.
      Uśmiecham się delikatnie. Nie jestem pewna, czy mnie usłyszał, gdy stałam w pewnej odległości do szyby.
      Siadam na krześle przed szybą, przykładam do niej dłoń, a on robi to samo.
- Jednak przyszłaś do mnie. - mówi zdziwiony. Słyszę jak pociąga nosem i wypuszcza powietrze ustami. Nieskończoność słów to za mało, by opisać, jak cudowne uczucie wywołuje we mnie jego widok. Kilka nieskończoności słów to nadal za mało, by opisać, jak niewiarygodny wydaje się fakt, że właśnie na niego patrzę. Naprawdę patrzę na Justina, który nie jest tylko snem czy wyobrażeniem. Jest PRAWDZIWY i mogłabym go dotknąć, gdyby nie ta szyba...
- Myślałem, że już nie wrócisz. - mówi.
- Justin, przyszłabym wcześniej... - odpowiadam. Gdyby nie fakt, że nie zostałam nawet powiadomiona, w którym więzieniu siedzi Justin, na pewno byłabym wcześniej. - Ale może i lepiej. Minęło pół roku, a ja kocham cię jeszcze bardziej.
- Zmieniłaś się.

On
      Emily wygląda bardziej kobieco. Dojrzała, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Jej baby face powoli zanikał. Ale po chwili dotarło do mnie, że to nie to. Uderzył mnie fakt, z jakim spokojem i opanowaniem mówi Em. Em, która już się nie boi, która nareszcie jest bezpieczna.
      Rozmawiam z prawdziwą, szczerą Emily, która dochodzi do siebie.
- Ty też.
Siada na krześle na klęczkach i zbliża się do szyby. Przykłada do niej obie dłonie i piszczy z radości. Śmieję się do niej.

Ona
      Jest szczęśliwy.
      Oboje cieszymy się jak idioci i czuję, że nagrania z kamer trafią wkrótce do internetu i zrobią furorę na YouTubie, a na Twitterze trendem na pierwszym miejscu będzie hasztag #JumilyShippers (Emily+Justin=Jumily). Ale świat kręcił się wokół nas jedynie według mnie i ciebie.
       Uśmiecham i płaczę jednocześnie, wydaję z siebie nieokreślone dźwięki i wachluję się. A ty śmiejesz się z policjanta, który stoi gdzieś za mną i zaś śmieje się ze mnie. Czy takie spotkania przestępca-ofiara zdarzają się często?
- I missed you. - mówię.
- I missed you, sweetie tweetie. 
       Jestem zawieszona pomiędzy tym, co mieliśmy, a tym, co nas czeka. Chyba przestaję żyć z przyzwyczajenia. Zaczynam żyć z wyboru.

On
- Nie chcieli wpuścić cię do mnie? - pytam. W jej oczach jest coś, co mnie wciąga do środka i pochłania. Wiem, że nie utonę. Tonąłem już w rozpaczy, jej oczy to żadne wyzwanie.
Emily kręci przecząco głową, a ja dziwię się, bo wiem, że moi koledzy z pokoju mogą spotykać się z dziewczynami osobiście. Mają nawet wydzielony czas, kiedy mogą schować się w pokoju i uprawiać seks. A ja nie mogę nawet pocałować jedynej miłości mojego życia?
- Poproszę ich jeszcze raz.
      Em znika i czekam na nią. Z zamyślenia wyrywa mnie odgłos otwieranych drzwi i moje serce zatrzymuje się na sekundę. A potem wstaję z krzesła i wyciągam ramiona. Emily biegnie do mnie i wskakuje na mnie. Łapię ją, zanim zdąży upaść i gdy jest tak blisko, jak nie była od tylu miesięcy, czerpię od niej miłość, której łaknąłem. Wypełniam nią każdy pusty fragment siebie. Wiem, że to jeszcze długo potrwa, zanim będę w jednym kawałku.
      Jesteśmy cały czas obserwowani. Ludzie, którzy reagowaliby w razie gdybym miał ją krzywdzić, są czujni. Ale ja nigdy nie skrzywdzę już Em.
- Co teraz z nami będzie? - pytam, gdy Emily stawia nogi na posadzkę, ale nadal przylega do mnie, a ja nie chcę jej już nigdy puścić.
- Nie po to wyciągnęłam cię z piekła, byśmy teraz zgubili drogę do nieba.

Ona
      Całuję go, jakbym czekała na to całe życie. Niewykluczone, że tak było.
- Przecież mówiłaś, że to już koniec.
- To koniec, Justin. Pewnego etapu naszego życia.
       Zmuszam się do odsunięcia i odsłonięcia rękawa mojej bluzki z ramienia. W miejscu blizn jest tatuaż. Róża. Wiem, co myśli. Dziewczyna z kwiatami.
- Więc to też początek.

On
      Emily robi małe skinięcie głową i uśmiecha się. Czy to nie byłoby piękne, gdybym mógł pójść z nią ręka w rękę, ramię w ramię do jej miasteczka, do jej domu, do jej serca?*****
       Zdaję sobie sprawę, jak wiele musiała cierpieć za mnie. Wyobrażam sobie, jak mokra musiała być jej poduszka, w której wsiąkło tyle jej łez. Policzyłbym je wszystkie dla niej i wypłakał o jedną więcej, by to miało cokolwiek naprawić.

       Dziękuję Ci, Boże, bo właśnie dogoniłem mój zachód słońca.

Ona
- Jestem twoja.
- A ja jestem twój.
       Wszyscy, którzy dla bezpieczeństwa obserwowali nas przez szybę, mieli okazję przyglądać się, jak powoli kołyszemy się na boki, tańcząc.
- Muszę już iść. - szepczę mu do ucha, z głową na jego ramieniu. Dawno nie było mi tak dobrze. - Chciałabym tu zostać na dłużej, ale nie martw się. Mamy całą wieczność.
- Wrócisz?
- Tak, niedługo. Przyprowadzę mamę, a ty zaprosisz swoją. Nareszcie się spotkają.
      Uśmiechamy się na tę myśl. Nie chcę już nigdy go stracić.
- Kocham cię.
- Kocham cię, Emily. Obiecuję, że wszystko naprawię.
Chcę odpowiedzieć, że nie ma już czego naprawiać, ale rezygnuję. Razem mamy dużo do naprawienia.
       Całuję go jeszcze raz. Odchodząc, dotykałam twoje ramię, łokieć, przedramię, nadgarstek, dłoń, palce, koniuszki palców.******
      Nie żegnamy się. To nie jest pożegnanie.
      Wychodzę, ale zanim opuszczę więzienie, przesyłam ci spojrzenie przez szybę i wysyłam całusa dwoma palcami. Całujesz opuszki palców i przykładasz do szyby. Czuję, jak odprowadzasz mnie wzrokiem. Czuję się, jakbym odchodziła na naszą kolejną krótką wieczność.

      Ale wiem, że wrócę. Już zawsze będę do niego wracać. Zawsze będę wracać do mojej miłości.

      Na zewnątrz jest wiatr. Otulam się mocniej płaszczem. Ludzie patrzą na mnie i wiem, że mnie rozpoznają. Czerpię satysfakcję z ich zszokowanego wzroku, gdy stawiam pewne kroki, wychodząc z więzienia po wizycie mojego mężczyzny. Ludzie myślą o nas różne rzeczy, ale nie obchodzi mnie to. Bo kocham go tak, że nigdy się nie dowie jak bardzo, a gdy jestem w jego ramionach, to cały świat jaśnieje i wszystko jest w porządku.
      Jakikolwiek jest mój mężczyzna, jestem jego. I będę do końca. *******
      Mam dowód na to, że ludzie się zmieniają.

      Z każdym krokiem czuję, jak łatwiej mi się oddycha. Czuję się inną osobą. Uśmiecham się, jak nie uśmiechałam się nigdy wcześniej. Moje serce robi się lżejsze, jakim zostawiała za sobą pewien ciężar. Tym ciężarem była przeszłość. Nieprzespane ze strachu noce, godzinne modlitwy z wołaniem o pomoc, ból rozdzierający mnie i nie pozwalający mi żyć. To wszystko minęło i nie wróci.

Jedyne co pozostało to blizny.

One będą już zawsze.




PROSZĘ, PRZECZYTAJ TO

Nie wierzę, że to już koniec. Mam łzy w oczach.

Tweetnijcie wrażenia z zakończenia "The Cellar" z hasztagiem #TheCellarFF i zostawcie komentarz na dole. Radzę też wejść tutaj, jeśli chcesz kolejnego fanfiction.

Co do moich kolejnych/poprzednich fanfictions

Napisałam kilka fanfictions w moim życiu i wiedziałam, że to będzie rewolucja. Żaden rozdział nie jest idealny, ale miałabym jeszcze długą drogę przed sobą jako pisarka, którą niegdyś chciałam zostać. Jestem jeszcze na poziomie amatora, ale widzę, że zrobiłam postępy w ciągu paru lat pisania. Mam 16 lat, zaczęłam jako ok. 11-latka.

Swoją drogą mam pomysł na kolejne ff, które nie byłoby już o Justinie w stylu "bad boy", ale na pewno nigdzie w internecie nie ma czegoś takiego. Uwierzcie mi, że to również niebanalny pomysł dopracowywany przez przynajmniej 2 lata, bo miałam go z tyłu głowy podczas zaczynania "The Cellar". Wiem, że pokochalibyście to, a może nawet więcej osób zaczęłoby czytać, bo nikt nie zniechęcałby się powszechną tematyką gangu. Ale wiem, że tak jak zwykle dodawałabym rozdziały co miesiąc albo rzadziej i nie miałabym czasu. W dodatku chcę się poświęcić mojej drugiej pasji - muzyce - i mam nadzieję, że będziecie mnie wspierać na tym polu.

Na razie oficjalnie rzucam pisanie. Może kiedyś wrócę, ale nie obiecuję.

Co do "The Cellar"

Mam nadzieję, że zakończenie wypadło w miarę dobrze. Resztę historii Justina i Emily dopowiedzcie sobie sami. Pozostawiam Wam zupełną dowolność i jestem ciekawa, jak różne kontynuacje utworzą się w Waszych głowach.

Kocham Was. Dziękuję, że wytrwaliście do końca (chociaż w tak małym gronie, ale zawsze). Jeżeli jest tu ktoś, kto był od początku - podwójne dziękuję. Dziękuję tym, którym chciało się poświęcić kilka sekund na komentarz, bo ja na jeden rozdział poświęcałam często kilkanaście-kilkadziesiąt godzin. Dziękuję tym, którzy tweetowali z hasztagiem #TheCellarFF i polecali innym to fanfiction. Jesteście niesamowici. ♥

Mam nadzieję, że spotkamy się na koncercie Justina w Krakowie. Jeśli któraś z was miałaby ochotę się spotkać przed koncertem i pofangirlować, napiszcie do mnie na @thecellarff, podam Wam moje prywatne konto na twitterze i możemy się umówić. Mam sektor A12.

Kocham Was. Na zawsze. ♥
Szczęśliwego Nowego Roku!




*cytat z piosenki "Purpose" Justina
**słowa Susan z rozdziału 9. "The Cellar"
***cytat z rozdziału 19. "The Cellar"
****cytat z monologu Justina pod koniec piosenki "Purpose"
*****tłumaczenie "Suteki Da Ne" - japońskiej piosenki z Final Fantasy
******cytat z rozdziału 13. "The Cellar" (kiedy Emily uciekała z Piwnicy)
*******tłumaczenie "My Man" Barba Streisand

poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 20

UWAGA UWAGA
LADA MOMENT BĘDZIE NOWY ROZDZIAŁ ♥ stay tuned
AKTUALIZACJA: 30 GRUDNIA, godzina 17:00

TWEETUJCIE Z HASZTAGIEM #TheCellarFF i głosujcie w ankiecie obok (jeśli ktoś mi powie, jak zmienić kolor liter w ankiecie to to zrobię, ale sama nie potrafię)

Niestety, w przyszłym lub w jeszcze kolejnym rozdziale się żegnamy. Nad dzisiejszym rozdziałem pracowałam wiele godzin. Jak się spodziewacie, pozostanie mnóstwo spraw do wyjaśnienia i pytań bez odpowiedzi. Dlatego końcówka The Cellar będzie zaskakująca i piękna. Ale bez spoilerów.
Nie wiem, czy będziecie płakać. Ale ja będę. Ale to dopiero przyszłym razem.

Od tej pory narracja Justina będzie bezpośrednim zwrotem do Emily (tak jak to było do tej pory, gdy Em zwracała się do Jusa). Uprzedzam, byście się nie zdziwili. Ale to nie jest moim zwykłym wymysłem - wkrótce okaże się, skąd wzięła się ta zmiana.

Ona
Ranek
     Pierwszym, co zobaczyłam, była twoja twarz tuż przy mojej. Twoje oczy były zamknięte, a usta lekko rozchylone. Nadal spałeś.
     Pomyślałam... Nie, ten chłopak nie mógłby nikogo skrzywdzić. Okej, można powiedzieć, że najgorszy przestępca nieraz wygląda bezbronnie podczas snu. Ale, Justin, przecież wiesz, że tutaj chodzi o coś więcej.
     Otuliłam się mocniej kołdrą, mimo że tej nocy było mi przy tobie całkiem ciepło. Udawajmy, że to wcale nie dlatego, że ogrzewanie w gangu pracowało skuteczniej niż w Piwnicy. Udawajmy, że to miłość. Będzie romantyczniej. W każdym razie...
     Na twój widok uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że przez sen nie czujesz strachu. Przynajmniej wydawało ci się, że jesteśmy bezpieczni. Justin, kiedyś będziemy. Obiecuję., pomyślałam i pogładziłam twój policzek kciukiem. Nie obudziłeś się.
     Chwilę leżałam, głaszcząc cię tak, ze wzrokiem wbitym w sufit. Podświadomie szukałam w nim dziur po odpryskującej farbie - tak jak było w Piwnicy. To był nasz moment. Marzyłam, byśmy jeszcze kiedyś mieli możliwość obudzić się koło siebie bez obezwładniającego nas strachu. Ale czułam, że to jedna z ostatnich takich chwil. Każdego ranka, gdy się budziłam, odliczałam jeden dzień mniej. Jak do końca świata, rozumiesz, Justin? Nie chciałam myśleć, co będzie, gdy dojdę do zera.
     Wiedziałam, że nastanie koniec. Nie wiedziałam tylko, czy nastanie po nim jakiś początek.
     Bałam się, że prócz końca, nic nas już nie spotka.
     Odwróciłam wzrok z powrotem na ciebie, wzdychając. Obróciłam się na bok, by móc przypatrzeć się, jak śpisz. Moja dłoń spoczęła nieruchomo na twojej twarzy, od czasu do czasu poruszałam kciukiem, który głaskał cię od kącika ust do środka policzka. Pamiętam też twój zapach. Twojej skóry i twojego potu. Ale nie przeszkadzało mi.
      Nagle tak śmiesznie poruszyłeś nosem, że zaczęłam się po cichu śmiać. Ledwo otworzyłeś oczy, przewróciłeś nimi i westchnąłeś głęboko. Przykryłeś moją dłoń swoją.
     Chyba nigdy nie przestaniemy gonić za zachodami słońca.

*

Jakiś czas później
On
     Nie jestem pewien, czy opisywanie gangu w Brazylii jest na tyle ważne, by marnować na to czas. Wiecie już, że budynek był niecodziennie zaprojektowany - główne korytarze zataczały koła wokół tajemniczego pomieszczenia. Od nich odchodziło kilka kolejnych - na zewnątrz okręgu - prowadzących do przestronnych sal lub do pozostałych sypialni. Były również okna, których brakowało w Piwnicy - tych jednak również było niewiele i często były przesłonięte zasłonami. Charakterystyczna była dominacja koloru złotego i czerwieni oraz kryształowe żyrandole.
     Ale ten gang wyróżniał się czymś więcej niż wystrojem wnętrz. Przede wszystkim zasady. A te były znacznie dostojniejsze niż w ubogiej Piwnicy.
     Przede wszystkim, po jedzenie nie przychodziło się samemu do kuchni. Obowiązywał szwedzki stół. Kucharkami często były dziewczynki, a nie specjalnie zatrudnione czy zmuszone do tego osoby z zewnątrz. W każdym razie na pewno nie były to starsze panie z osiwiałymi włosami.
     Nie chciało mi się wierzyć, że główną zasadą tutaj naprawdę było ,,zupełne zero zasad", jeśli chodzi o traktowanie dziewczynek. Mówiono, że jeśli dziewczynka należy do ciebie, możesz z nią zrobić cokolwiek chcesz. Gdybym jakimś cudem dostał się do Księgi, prawda na pewno okazałaby się inna.

*

     Mason spisał się niesamowicie. Z samego rana wyruszył z powrotem do Stanów, aby zbadać, co wydarzyło się w Piwnicy pod naszą nieobecność. Wkrótce powinienem dostać od niego wiadomość.
     Tymczasem poszedłem rozejrzeć się po gangu. Po śniadaniu nalegałaś, by jednak nie zostawiać cię zamkniętej w pokoju. To było ryzykowne, ale zgodziłem się.
     Chwyciłem cię za rękę.

Ona
     Mijało nas wiele ludzi. W pewnym momencie odwróciłam głowę i zobaczyłam z bliska czyjeś ramię, a na nim blizny układające się w japońskie znaki. Jednym z nich były trzy kreski - dwie równoległe i jedna przecinająca je. Dokładnie taki symbol zauważyłam niedawno na ramieniu Robina.
     Zaczęłam więc śledzić wzrokiem wszystkie przechodzące osoby i oglądać ich ramiona. Zorientowałam się, że wtedy w parku miałeś rację, mówiąc, że każdy członek gangu w Brazylii ma ślady blizn na obu ramionach. Na jednym z nich widnieje napis ,,jaszczurka" po japońsku. U liderów pisany jest poziomo i czytany od lewej do prawej - u dziewczynek zaś pionowo, czytane od góry na dół. W związku z tym, że do słowa ,,jaszczurka" potrzeba ponad dwudziestu nacięć, tylko najwyższe rangą osobistości miały chociaż jedną ranę na drugim ramieniu. Na nim zazwyczaj wydzierany był osobisty znak - symbol lub wyraz. Niektórzy nawet całe zdania. Tych się bałam najbardziej.
     Wtedy zdałam sobie sprawę, że twoje jedno ramię, na którym widniało wówczas już około czterdziestu przebiegających się wzajemnie blizn, nie było aż tak okrutnie oszpecone. Symbol na naszych ramionach był w miarę symetryczny i mniej chaotyczny. Wyglądał nawet artystycznie. Wprawdzie nie wiedziałam, co on oznacza. Jeszcze.
     Idąc koło ciebie, zbliżyłam się na tyle, że nasze ramiona się stykały. Uśmiechnąłeś się do mnie i objąłeś mnie w talii, przyciągając na tyle, że poczułam się bezpiecznie w najpotężniejszym gangu Ameryki.
- Miałeś rację. Robin ma takie same blizny. Trzy.
- A więc należy do tego gangu. - szepczesz, patrząc przed siebie. Wydaje się, że nikt nas nie słyszy. Wszyscy pędzą w różne strony. Pewna kobieta niesie na tacy kieliszki. Zaraz pojawia się inna i znika za drzwiami czyjejś sypialni, wnosząc czyste ręczniki i pościel. Z innego pokoju wychodzi kolejna, wpatrzona w ekran białego iPhone'a 6s. Chyba zwariuję.
- Chyba od niedawna... Trzy blizny to dość mało. - dodaję, wiedząc, że już ja mam więcej (jedenaście). - Dziwne też, że nie zaczęli słowa od początku. Ten znak to druga litera.
- Poczekaj chwilę... - przerywasz mi. - Jeżeli Robin jest liderem, jego zdjęcie musi wisieć na ścianie.

     I tak oto znajdujemy się przed ścianą z drzewem genealogicznym, naprzeciwko pokoi 14 i 15. Pierwszy raz przyglądam się zdjęciom. Przy niektórych widnieją daty i krzyżyki.
- To ty? - pytam. Od fotografii lidera Jeremiego odchodzi linia prowadząca do zdjęcia chłopaka z grzywką. Jesus, najsłodszy na świecie. Pod nim znajduje się napis ,,Piwnica, Stany Zjednoczone".
- Tak. - odpowiadasz krótko.
     Twoje zdjęcie jest. Jest również jasny kształt po zdjętej ramce. Za to Robina nie ma. 
- Chwila. - mówisz. Wyglądasz pięknie, gdy się zastanawiasz. - Co jeśli to zdjęcie, które zniknęło, to wcale nie zdjęcie żadnej dziewczynki? Co jeśli to zdjęcie Robina i zostało zdjęte? Tak się robi, jeśli lider zostanie wygnańcem.
- To by miało sens. - kiwam głową i stukam paznokciem w puste miejsce na ścianie. - Ale co robiłby Robin pod zdjęciem Jeremiego? Raczej nie jest jego dziewczynką, prawda? - pytam, jakkolwiek zabawnie to brzmi.
- A co jeśli jest jego synem?
     O. Boże.
     W tym momencie braknie mi słów, by wydobyć chociaż słowo. Zaczynam się zastanawiać, czy to dobrze czy źle, jeżeli Robin jest twoim młodszym bratem. To by wiele wyjaśniało... Ale dlaczego został wygnany? Może on również cię szukał, tak jak matka? Oboje wiemy, że z niewiadomych powodów władze gangów strzegły tego, abyś nigdy nie poznał swoich korzeni. Dlatego na ścianie nie ma ani zdjęć matki, ani Robina. Powoli dopasowuję elementy układanki.
     Robin może mieć dobre zamiary. Dowiedział się, że dziewczynka jego brata uciekła z Piwnicy, następnie dowiedział się, że to ja, i od razu nawiązał ze mną bliższe relacje w szkole. Dlatego często nalegał, bym zdradziła coś więcej na temat mojego porywacza. Widocznie nie mógł tak po prostu dostać się do Piwnicy i nawiązać z tobą kontakt.
     A jakim cudem znalazłby się u mnie w szkole? Well, prawdopodobnie został wyrzucony z gangu już dawno temu. Może był w domu dziecka albo został podrzucony? A może jego matka (niekoniecznie twoja), uciekła z gangu z nowo narodzonym dzieckiem? Moja szkoła zaś jest nieprawdopodobnie blisko Piwnicy, a także mieszkania Justina. Zrozumiałam, że Robin prawdopodobnie chciał mnie chronić. Być może przed tobą. Ze strachu, że jego brat skrzywdzi kogoś z jego otoczenia. A może chce chronić także ciebie?
     Istnieje też druga opcja. Zdjęcie zostało ściągnięte celowo, byś się o niczym nie dowiedział. Tymczasem Robin jest szpiegiem i kontroluje wszystko, co robię, gotowy powiadomić o tym władze gangu. Gotowy mnie zabić, jeśli będzie trzeba chronić mienie Bossa czy bezpieczeństwo potęgi gangów.
- Chwila moment... Spójrzmy na to trzeźwo. Już raz prawie mi wmówiłeś, że ja jestem twoją siostrą.
- Tamto akurat nie miało zbyt wielu wyjaśnień...
- Justin, spokojnie. Wszystko się wyjaśni.
Wyglądałeś na naprawdę wkurzonego. Uwierz mi, dobrze znam ten wściekły wyraz twarzy.
- Jeżeli mój własny brat zaprasza na prom moją dziewczynę...
No tak. Całe szczęście nie mamy innych powodów do zmartwień.
- Ja już naprawdę nie wiem, kim jestem. - mówisz.
Widzę, że jesteś bardzo zmartwiony, więc wyciągam rękę i głaszczę cię po policzku. Blond grzywkę masz zarzuconą na jedną stronę i cały czas opada ci na czoło, więc musisz ją poprawiać.
- Dowiemy się wszystkiego. - zapewniam. - Obiecuję.

*

On
     Jest pewien fakt, o którym warto, by wiedział każdy, kto należy go któregokolwiek z gangu. Jeśli chcesz coś załatwić (szczególnie załatwić coś tajnego), nie zrobisz tego o żadnej innej porze dnia, tylko w nocy. Nie pozostaje nam więc nic innego poza czekaniem do zmierzchu, kiedy to ostatnie kilka osób kręci się przy szwedzkim stole, a Jane i ja stoimy przy fontannie z czekoladą i karmimy siebie truskawkami. I naprawdę mam w dupie to, że wszyscy się patrzą i widać po nas wyraźnie, że jesteśmy zakochani (miłość do kobiety, a nie jedynie jej ciała, przez liderów jest uznawana za patologię).
     Wiesz co, Em? Przypomniało mi się właśnie, jak twoja mama powiedziała do mnie: ,,dobrze ci patrzy z oczu, Justin". Nie wiedziałem do końca, co to u was znaczy, ale domyśliłem się, że nazwała mnie dobrym człowiekiem. Zastanowiło mnie, czy serio zobaczyła to w moich oczach, czy to tylko takie powiedzenie z zewnątrz. Kiedy jednak na ciebie patrzyłem, sam czułem, że w moich oczach zmienia się cały świat.
     Mój świat się zmieniał, kiedy patrzyłem, jak unosisz głowę, gdy podaję ci do ust truskawkę. Śmiejesz się z zamkniętymi ustami, przeżuwając, a ja zamaczam kolejne owoce w czekoladzie. Jesteś cudowna.
- Ok, najadłam się. Możemy już iść.
     Więc idziemy. Na korytarzach jest już mniej ludzi, bo porozchodzili się po sypialniach i salach do zabaw. Nikt niepotrzebny się nie plącze.
     Nawet nie próbuję się z tobą kłócić, byś została w pokoju. Ostatnio zrobiłaś się taka uparta... Zostawiam więc ciebie na chwilę na korytarzu, a sam znikam w korytarzu biegnącym do środka budynku.
     W tajemniczym pomieszczeniu znowu ktoś jest. Słyszę ten sam głos co ostatnio. Kroki. Zbliżające się w moim kierunku.
     Mija kilka sekund, a już jesteśmy w zupełnie innym korytarzu, przylegamy cicho do ściany i patrzymy się sobie pytająco w oczy. Ktoś wyszedł z pokoju i zaczął się oddalać. Wyglądam zza ściany. To był Boss. Czy możliwe, by sala po środku gangu była po prostu gabinetem Bossa? Dlaczego więc cały czas była zamknięta i nie była oznaczona?
- Zaczekaj tu.

*
     Wchodzę do środka. Uderza we mnie smród stęchlizny i nuty kurzu. Czuję też zapach starych kartek.
- Znalazłem cię.
     Na samym środku okrągłego, niewielkiego pomieszczenia stoją jakby dwie maleńkie ławeczki z podstawkami na książkę. Trochę podobne do tych, które bywają w kościołach. Podchodzę bliżej. Jedna z ksiąg otwarta jest na stronie 177 i 178. Pamiętam dokładnie pierwsze, co rzuciło mi się w oczy.
7.207. Każdy nowo przyjęty członek gangu, zarówno dziewczynka jak i lider, ma obowiązek złożenia Przysięgi Przynależności w ciągu pół roku od uzyskania pierwszej blizny (patrz: 1.12). Nie dotyczy osób zatrudnionych.
     Wiedziałem już, z czym mam do czynienia. Mój wzrok powędrował dalej.
a) W przypadku, kiedy istnieje potrzeba przesunięcia Uroczystości Składania Przysiąg Przynależności, najpóźniejszy termin następuje w ciągu roku od uzyskania pierwszej blizny przez nowego członka gangu, nawet jeżeli głowa gangu miałaby być nieobecna przy uroczystości.
b) Jeżeli to również nie jest możliwe, nowo przyjęta dziewczynka ma obowiązek złożenia Przysięgi Przynależności przed przydzielonym jej liderem, czego świadkiem ma być drugi lider, który, jeśli jest to możliwe, nie może być spokrewniony z liderem dziewczynki i musi być przynajmniej o 3 blizny wyższej rangi niż lider dziewczynki. Nie dotyczy nowo przyjętych liderów.
 c) Zastrzega się, że jeżeli złożenie Przysięgi Przynależności po upływie 6 miesięcy od przyjęcia nowego członka gangu, zarówno dziewczynki jak i lidera, nie nastąpiło, dana osoba nie należy do gangu i nie ma prawa do zdobywania nowych blizn lub czynnego brania udziału w działalności gangu.

d) Zastrzega się, że jeżeli po upływie 3 miesięcy od ostatecznego terminu złożenia Przysięgi Przynależności, nowo przyjęty członek gangu nie złoży pełnej Przysięgi [Przynależności] w odroczonym terminie, nie ma możliwości przyjęcia danej osoby do któregokolwiek gangu i zostaje Wygnańcem (czyt. 3.01).

e) Zastrzega się, że nowo przyjęty członek gangu ma obowiązek wymówienia pełnej Przysięgi. Przysięga jest uznana za nieważną, jeżeli jest wymówiona jedynie częściowo, niewyraźnie bądź pod nieobecność głowy gangu (poza przypadkiem w a) i b)).

f) Jeżeli nowo przyjęty członek gangu jest niepełnosprawny i niezdolny do wymówienia Przysięgi, ma obowiązek złożenia Przysięgi na piśmie. Wniosek należy dostarczyć do ostatecznego terminu tygodnia przed Uroczystością Składania Przysiąg Przynależności do głowy gangu przez lidera nowo przyjętej dziewczynki lub nowo przyjętego lidera.

     Znalazłem Księgę. Tutaj znajdę wszystkie odpowiedzi.
     Wiedziałem już jedno. Nie należałaś ani do mnie, ani do Piwnicy. Ale nie chciałem jeszcze, byś o tym wiedziała. Wolałem z tym zaczekać.
     Miałem ochotę usiąść i przejrzeć Księgę, ale wiedziałem, że nie mam na to czasu. Podszedłem do drugiego stanowiska. Drugą księgą była... Biblia.
     Nasza druga księga zasad.
     Zamknięta.
     Kiedyś spojrzałbym z szacunkiem na obie te księgi. Dlaczego? Bo tak mnie uczono. Bo tak wypadało. Bo to było odpowiednie zachowanie. Ale dzisiaj jedyny podziw czułem do osoby, której chciało się pisać te wszystkie bzdury. O wiele łatwiej było mi patrzeć na Biblię - również księgę pewnych zasad, ale zasad które przynajmniej miały sens.


*
W pokoju, 23:00
      Leżałaś właśnie z głową na moich kolanach i grałaś w jakieś gry na moim telefonie, a ja bawiłem się twoimi włosami. Nie potrzeba nam było niczego więcej. Może poza pizzą z dostawą.
- Żelek dla ciebie. - powiedziałaś, podając mi go do ust. - I żelek dla mnie. - teraz sama wzięłaś jednego.
     Nie mogłem nic wydusić od nadmiaru perfekcji, więc wróciłem do plecenia ci małych warkoczy, które szybko się rozplatały.
     Nagle zadzwonił ci w rękach mój telefon, więc oddałaś mi go.
- Yo, Mason. - odebrałem. - What's up?
- Cześć, Justin. Policji nie było w Piwnicy. Kamery ich nie zarejestrowały. Nie ma też żadnych śladów.
- Ktoś chciał nas wrobić, by wywołać zamieszanie.
- Albo zwalić to wszystko na ciebie. - dokończył za mnie Mason.
Albo na Jane, dodałem w myślach. Ktoś chce się nas pozbyć.
- Możliwe... - mówił dalej. - Albo zwykły fałszywy alarm. W każdym razie kamery nie zarejestrowały policji, za to jakiś dziwny gostek się tu kręcił.
- Jak wyglądał?
- Nastolatek, brązowe włosy... Nie wyglądał zbyt podejrzanie, ale sprawiał wrażenie, jakby czegoś szukał. 
Robin.
- Dzięki, Mason. Jak zwykle spisałeś się znakomicie.
     Rozłączyłem się i rzuciłem telefon na poduszkę.

Ona
- I co? - pytam. Kładziesz się na plecach, więc ja przyczołguję się bliżej ciebie i spoglądam z góry na twoją twarz.
- Nie było żadnej policji. Przepraszam, że cię oskarżyłem.
- Nie szkodzi...
     Masz na sobie spodnie z dziurami na kolanach, białą, długą bluzkę, a na niej jeszcze ciemnoszary T-shirt z nadrukiem, któremu się nie przyjrzałam. Nie rozstałeś się również ze swoją czapką z daszkiem.
- Znowu się martwisz, Justin? - pytam. Już dawno uświadomiłam sobie, że dopóki nie będziesz szczęśliwy, ja również nie osiągnę szczęścia. Choćbym była bezpieczna w domu, wśród rodziny, z dala od wszelkich gangów, choćbym miała się już nigdy nie bać o własne dobro i o zdrowie, ani nie bać się, że nie zdam kolejnej klasy i będę z nauką tak bardzo do tyłu, że nie zdobędę żadnego dobrego zawodu w przyszłości. Nigdy, przenigdy nie będę szczęśliwa, wiedząc, że cierpisz.
- Nie martwię się. - kłamiesz.
- Chcesz się jeszcze raz przejść przed snem?
     Kiwasz głową.

*

     Więc idziemy. Pamiętam, że byłam boso i starałam się iść po dywanie... Starałam się iść tylko po złotej linii i trzymałam się twojego ramienia, by nie stracić równowagi. Mijamy drzwi za drzwiami. Mimo nadal wczesnej godziny, korytarze są w zasadzie puste, więc pozwalam sobie śpiewać pod nosem: ,,Jestem pozbawiona dotyku, jestem pozbawiona miłości. Podniosę cię, kiedy będziesz upadał."*
     Jeżeli już ktoś nas mijał, była to dziewczynka w pełnym makijażu i obcisłej sukience. Ale nie czułam się dziwnie na jej widok, mimo że sama byłam w szarych dresach i białym podkoszulku.
      Próbuję cię rozweselić i kiwam naszymi dłońmi do przodu i do tyłu w rytm piosenki. Udaje mi się sprawić, że się uśmiechasz. Przesadnie mocno wczuwam się w śpiewanie i robię z siebie idiotkę, ale to naprawdę nieważne, gdy się uśmiechasz. Wszystko inne jest nieważne.
     Obracasz mnie pod ramieniem, a ja usiłuję być zabawna i udaję, że umiem tańczyć. I śpiewać. A chyba ty wiesz najlepiej, że jestem w obu fatalna.
     Oplatasz mnie ramionami w talii - w tym idealnie dopasowanym na nie miejscu - i kiwasz się ze mną. To prawda, wszystko się wali. Ale czy nie możemy po prostu zatańczyć? W tym momencie już wiem, że tę chwilę będę wspominać w ostatnim dniu mojego życia.
     Idziemy dalej, a ja fałszuję bardziej niż mam w zwyczaju. Ku mojemu zdziwieniu, nagle pukasz w przypadkowe drzwi. Zastanawiam się, czy mam uciekać i chować się za ścianą. Nie robię tego. Otwiera jakaś kobieta - ciężko powiedzieć, ile ma lat.
- Dzień dobry. - mówi i schyla głowę.
- Dzień dobry. Jak się nazywasz?
- Dianna. Dianna Snell.
- Okej, pomyłka.
     Następnie pukasz do kolejnych drzwi, gdzie otwiera ci Valentina, potem Paisley i Anne, z kolei dziewczyna mniej więcej w twoim wieku, której nie pytasz imię.
- Mogę wiedzieć co ty wyprawiasz? - pytam. Nie mam pojęcia, co robisz, ale czuję, że wpakujemy się tym w tarapaty. Nie odpowiadasz, za to pukasz w kolejne drzwi, które otwiera pewien zdziwiony i groźnie wyglądający lider z tatuażami na twarzy i nagim torsem. Przepraszasz i idziesz do kolejnych. Powoli wlokę się za tobą.
      Po kolejnych trzech próbach wyglądasz na załamanego.
- Kochanie... - mam ochotę wyrwać serce z piersi i podać ci na tacy. Nigdy nie zrozumiesz, Justin. - Szukasz mamy, tak?
     Wzdychasz.
     Kolejne dwa pokoje.
- To chyba nie ma sensu. - rzucasz. Patrzę na ciebie ze współczuciem, ale i tak robimy krok dalej.

    On
     Drzwi pokoju 147 są uchylone. Na pogrążony już w półcieniu korytarz wylewa się przez nie smuga światła z nadal zapalonych lamp. Wchodzę do środka, a ty zostajesz na zewnątrz i czekasz. Zostawiam otwarte drzwi, by mieć cię na oku.
     W środku jest kobieta. Stoi do mnie tyłem i robi porządki przy szafce nocnej. Na podłogę spada jakaś ramka ze zdjęciem, więc podnosi ją i stawia na miejscu.
- Madam? - mówię. Kobieta drga. Szybko się podnosi z kucek i odwraca. Od razu spuszcza głowę. - Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć.
- Kim jesteś? - pyta, wyprzedzając moje pytanie. Dobrze wiem, że jako lider powinienem spytać pierwszy.
     Nagle dostrzegam jednak ogrom blizn na jej rękach. Rozciągają się od ramion przez łokcie aż po same nadgarstki. Dosłownie otwieram usta ze zdziwienia, a moja głowa sama opada na ten widok. Nigdy nie widziałem takiej ilości blizn. Musiała być naprawdę ważna. Zastanawiam się już, czy nie powinienem przed nią uklęknąć. Zdaję sobie sprawę, że zrobiłem z siebie głupka, wparowując bez pytania do jej sypialni.
- Jestem jednym z gości z Piwnicy. - mówię, gdy już podnoszę głowę, chcąc podkreślić, że jestem zupełnie nieważną jednostką.
- Dobrze, dziecko. W czym mogę ci pomóc?
     Zatyka mnie. Naprawdę mam robić z siebie jeszcze większego idiotę niż jestem i pytać ją o imię? Ma tyle blizn, że powinienem znać jej nazwisko, ale nic nie przychodzi mi do głowy.
- Chciałem tylko spytać o pani imię.
      Nie odpowiada. Patrzy się prosto w moje oczy i już sam nie wiem, które z nas powinno spuścić wzrok. Czuję tylko, jak przyspiesza mi serce i robi się gorąco. Shit, nie powinienem był pytać. Ona jednak jest ważna. Myślę nad jakąś wymówką. Przepraszam, zapomniałem, że pani jest ważna? Nie, to nie brzmi dobrze.
     Robi parę kroków naprzód z tym samym nieugiętym wzrokiem. Nawet w szpilkach jest niższa ode mnie. Staram się nie spuszczać wzroku, wiedząc, że już nic mi nie pomoże. Marszczę brwi i wysyłam jej pytające spojrzenie.
- Przepraszam. - śmieje się, spuszczając nareszcie spojrzenie. - Po prostu...
Przerywa i patrzy na mnie jeszcze raz. Moje serce nie waliło tak od czasu, kiedy uciekałem z tobą z Piwnicy, abyś mogła wrócić do domu.
- Po prostu masz oczy mojego syna...

     Moje serce chyba stanęło. Czuję jak rośnie mi coś w gardle. Podświadomie wiem, że to jeszcze nic nie znaczy, ale odwracam się i widzę twój wyraz twarzy, równie zdziwiony co mój. Patrzysz mi w oczy i kiwasz głową.
     Odwracam się znowu, ale moja rozmówczyni jest już metr dalej, zajęta własnymi sprawami. Robię krok w jej stronę, ale nie ma słowa, które przychodzi mi do głowy, innego od:
- Mamo?
     Nieruchomieje, ze wzrokiem wbitym w nieznany punkt przed sobą, dopiero po chwili przenosi go na mnie. Odrywa się od pracy.
- Justin? - jej głos się załamuje.
     Tak jak mój teraz, gdy o tym opowiadam...
     Kiwam głową.
     Emily... Przez całe życie pracowałem na to, by czuć się ważny. Pracowałem na to, by być niezłomny i potężny w czyichś oczach. Zbierałem bliznę za blizną, by ludzie o mnie pamiętali. Przy tej kobiecie w ułamku sekundy poczułem się mały, a wszystkie moje blizny przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Widzisz, ja nie musiałem nic robić, by o mnie pamiętała. Nie musiałem się starać, by być dla niej najważniejszy.
      Kiedy podeszła i mnie objęła, czułem, jak coś we mnie pękło. Ledwo miałem siłę, by objąć ją ramionami. Te łzy, to nie były moje łzy, Em. Nigdy tego nie zrozumiesz, mimo że widziałaś to na własne oczy. Nigdy nie rozumiałem, czym jest miłość. To był dla mnie szok. Jesteśmy nieznajomymi, dlaczego mnie kochasz? Dlaczego cię kocham? Nie rozumiałem tego. To zajmie mi jeszcze dużo czasu zrozumieć, Em.
- Boże, moje dziecko... Mój synek. - powtarzała mama, przyciskając mnie do siebie i głaszcząc po głowie. Nigdy nie działało na mnie tyle emocji jednocześnie. Patrzyłem przed siebie, gdy moje oczy wypełniały się coraz to nowymi łzami. Naprawdę chciałem coś powiedzieć, ale czułem, że nie dam rady wypowiedzieć słowa. Dlaczego nam to zrobili, mamo? Dlaczego nas zniszczyli?
      Nie wiem, ile to mogło trwać czasu. Wiem, że pod koniec zauważyłem na szafce nocnej zdjęcie około 3-miesięcznego, jasnowłosego chłopca o dużych, brązowych oczach.
- Bóg mnie wysłuchał. Odnalazłam syna. Po dwudziestu jeden latach.
      W końcu odsuwamy się od siebie i ocieramy łzy, uśmiechając się.
- Justin, synku, to naprawdę ty? - zakrywa usta obiema dłońmi. - Dziecko, to ty?
- To ja, mamo... A to ty, mamo?
Śmieje się i tuli mnie jeszcze raz. Nie ma nic lepszego na świecie.
- Mamo - odsuwamy się, a ja znowu muszę otrzeć falę łez, która zalała moją twarz. Mama chwyta mnie za dłonie i bada wzrokiem moje tatuaże, a ja oglądam jej blizny. - Jesteś taka ważna...
- Ja? O nie, Justin... Jestem nikim. Dziecko, to naprawdę ty?
      I znowu lądujemy w swoich objęciach.
- Ale mamo... Masz tyle blizn. Nigdy nie będę tego miał.
- Justin... - mówi. Nie spuszcza wzroku z mojej twarzy i jest tak szczęśliwa... - To nie takie blizny, o jakich myślisz...
      Moja twarz znów znajduje się w zagłębieniu jej szyi. Dociera do mnie, co miała na myśli. To boli.
- Em... - wołam cię przez łzy. - Podejdź.
     Wahasz się. Nie chcesz psuć tej chwili. Ale podchodzisz.
- Mamo... To jest moja przyjaciółka. Córka pani Finch.
- Córka Dorothy?... Tu? - spojrzała na ciebie. - Justin, musisz uratować tą dziewczynkę...
- Uratuję.
     Poczułem twój wzrok na sobie. Wszystko zaczęło się układać. Miałem przy sobie ciebie i moją mamę. Teraz musiałem tylko uratować was obie i zapewnić wam bezpieczeństwo.
- Obiecuję.
     Wiedziałem, że będzie trudno. Nie wiedziałem jednak, co mnie czeka już wkrótce.
     Nie wiedziałem, że jestem o włos od utraty ciebie.

      Będę walczył, Emily. Bo jesteś wszystkim, co mam w swoim nędznym życiu. Kocham cię.


*Ed Sheeran - "Lego House"

Oto rozdział 20. - prawdopodobnie PRZEDOSTATNI. Czyli czeka Was jeszcze jeden (max. dwa) + epilog.
A na razie mówcie, jak sądzicie, co się stanie w kolejnym rozdziale. ♥ Dzięki, że część z Was nadal jest ze mną. Mam nadzieję, że chociaż trochę Wam się podobał ten rozdział, ale kolejny będzie lepszy (dzisiaj jestem tak zmęczona, że nawet moje poprawki są fatalne), a epilog was totalnie rozwali. Trzymajcie się.